Menu

Image Map

sobota, 30 kwietnia 2016

Śniadaniowe lody bananowo-malinowe


Nadchodzi ten błogi czas, kiedy lody na śniadanie można jeść bez wyrzutów. W hamaku, pod kołdrą i na tarasie, z truskawkami, jagodami i porzeczkami. Póki co przedsmakiem mogą być niezastąpione mrożone maliny. Podstawą słynnych nana ice cream są zamrożone w plasterkach banany, a później możecie wyczyniać z nich cuda: dodawać inne ulubione owoce, szpinak, czekoladę lub masło orzechowe. Konsystencja jest cudowna, a słodkość, według mnie, idealna bez żadnych dodatkowych cukrów. Dzisiaj przepis na banalną, jedną z moich ulubionych, bo mocno orzeźwiającą wersję. Smacznego!



Składniki na 2 porcje:
  • 2 zamrożone banany (wcześniej pokrojone w plasterki)
  • szklanka mrożonych malin
  • dwie łyżki mleka roślinnego
  • opcjonalnie: ziarenka z laski wanilii
  • ulubione dodatki, u mnie: chia, płatki owsiane, gorzka czekolada, złote kiwi
 Przygotowanie:

  1. Zamrożone plasterki banana i mrożone maliny wrzucamy do kielicha blendera, dodajemy mleko roślinne, wanilię, ewentualnie dosładzamy. Miksujemy na najwyższych obrotach około 1,5 minuty, aż uzyskamy gładką, kremową masę.
  2. Podajemy z ulubionymi dodatkami, świeżymi owocami, miętą.

Czytaj Więcej »

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Mini pizze!



To powód, dla którego w moim telefonie próżno szukać numerów do pizzerii. Sprawdzony przepis na pyszne ciasto drożdżowe pachnące ziołami, z którym możecie zrobić dosłownie wszystko. Łagodne, ostre, klasyczne i na bogato, z sosami czy bez. Takie mini pizze są idealne na piknik, wycieczki i przyjęcia ze znajomymi, ale równie dobrze możecie wykonać jedną dużą pizzę w prostokątnej blaszce. Pamiętajcie tylko, żeby woda do rozpuszczenia drożdży miała odpowiednią temperaturę - nie powinna być ani za zimna, ani za gorąca. Według mnie najlepsza jest wtedy, gdy zanurzając w niej palec czujesz ciepło, a nie parzenie. Oczywiście nie musicie dodawać ziół do ciasta, ja robię to nałogowo odkąd mama przywiozła mi ich organiczną wersję prosto z Prowansji... :) Pachnie obłędnie.
Jeśli chodzi o roślinną wersję sera, spróbowałam drugi raz w życiu i mimo wszystko pozostanę chyba przy pizzach bez sera, za to posypanych orzechowym parmezanem... :) Ale wiem, że są osoby, którym bardzo podchodzi ten smak, dlatego modyfikujcie przepis do woli, by uzyskać pizzę swoich maarzeń!


Składniki na 8-10 pizzerek:

  • 3 szklanki mąki - u mnie 2 szklanki mąki pszennej uniwersalnej i 1 szklanka mąki orkiszowej
  • pół kostki świeżych drożdży - 50g
  • łyżka oleju
  • szklanka ciepłej wody
  • spora szczypta soli
  • szczypta cukru
  • trzy łyżeczki ziół prowansalskich
  • przecier pomidorowy
  • sól, pieprz
  • czosnek granulowany
  • ulubione warzywa: u mnie pieczarki, oliwki, cebula, pomidory, czasami papryka i kukurydza
  • opcjonalnie: "ser", u mnie Violife

Przygotowanie: 
  1. Przesiej mąki, w dużej misce wymieszaj je z solą i ziołami.
  2. W ciepłej wodzie rozpuść drożdże z cukrem, odstaw na 5-10 minut, by zaczęły pracować.
  3. Do mąki dodaj olej i upłynnione drożdże. Wyrabiaj ciasto do uzyskania gładkiej, sprężystej masy.
  4. Z ciasta uformuj kulę, przełóż do miski, przykryj czystą lnianą ściereczką i odstaw na godzinę w ciepłe miejsce na godzinę.
  5. Po tym czasie ciasto podziel na 10 części i każdą rozwałkuj na stolnicy lekko posypanej mąką.
  6. Przecier pomidorowy wymieszaj z czosnkiem granulowanym, pieprzem i ziołami. Wysmaruj nim płaty rozwałkowanego ciasta, posyp startym serem i ulubionymi dodatkami. Oprósz solą, pieprzem i opcjonalnie sproszkowaną chilli.
  7. Piecz przez ok. 20 minut w temperaturze 180 stopni. Jeśli zamiast pizzerek przygotowujesz dużą pizzę w blaszce, piecz pół godziny.




Czytaj Więcej »

niedziela, 24 kwietnia 2016

Dieta roślinna a pobyt w szpitalu i trochę o tym, co ja tam właściwie robię


Ostrzeżenie: tylko najtrwalsi dotrwają do końca tego wpisu. :) Jakiś czas temu obiecywałam Wam na Facebooku taki post i oto jest. Piszę o tym, co jeść i jak przeżyć w polskim szpitalu na diecie roślinnej, trochę o chorobie i sposobach radzenia sobie z nią. Jeśli choć jedna z porad Wam się przyda, będzie mi ogromnie miło. Pamiętajcie, że z reguły nic nie jest tak trudne, jak nam się początkowo wydaje. Tak jest z małymi rzeczami - jak wegańskim jedzeniem w szpitalu i z większymi - jak radzenie sobie z przewlekłą, strasznie wredną chorobą.

1. Przygotuj się!

Dotychczas prawie zawsze miałam to szczęście, że do szpitala trafiałam na zaplanowane dużo wcześniej pobyty. Wiedziałam kiedy i mniej więcej na jak długo będę musiała zostać w danej placówce i dlatego podczas szóstego już pobytu jestem weteranką - doskonale wiem jak się przygotować. Najważniejsze jest dotarcie do informacji czy na waszym oddziale będziecie mieli do dyspozycji lodówkę i mikrofalówkę. Jeśli tak - możecie odetchnąć, będzie tylko łatwiej (ja nie spotkałam jeszcze oddziału, który nie zapewniałby takiej możliwości, ale jeśli macie inne doświadczenia, dajcie znać).
Dotychczas jedynymi w pełni roślinnymi opcjami szpitalnej kuchni, z którymi się spotkałam były: chleb z dżemem, ziemniaki, buraczki, plastry pomidora i ogórka, kawa zbożowa.... :) Niby horror, ale nie jest tak źle, jeśli budzą cię przed szóstą i poza kilkoma badaniami czy zabiegami niespecjalnie organizują twój wolny czas - masz pole do popisu, by przygotować sobie wegańskie opcje posiłków. Co kupić przed pobytem? Żeby było łatwiej, opiszę co dokładnie jadłam przez dwa pierwsze dni:

dzień 1:

7.00 - szklanka wody z cytryną
8.00 - śniadanie: dwie kromki chleba żytniego, dwa plastry pasztetu fasolowego (upieczony dzień przed pobytem) z żurawinowym chrzanem, ogórek kiszony i pomidor, kubek kawy zbożowej z mlekiem migdałowym (kupione przed pobytem)
10.30 - pół melona
13.00 - obiad: ziemniaki i buraczki szpitalne, 2 kotleciki z kaszy jaglanej, marchewki i tofu (przygotowane przed pobytem)
16.00 - batonik FigBar malinowy, kilka orzechów
18.00 - kolacja: chrupkie pieczywo razowe, mały hummus (kupny, np. Sante czy biedronkowy), słupki ogórka i marchewki
20.00 - herbata zielona z malinami

dzień 2:

7.00 - szklanka wody z cytryną
8.00 - śniadanie: musli owsiane z suszonymi owocami zalane mlekiem migdałowym podgrzanym w mikrofalówce szpitalnej :) do tego pokrojony banan i jabłko
10.30 - pół melona
13.00 - obiad: szpitalna zupa warzywna, makaron szpitalny świderki + podgrzany w mikrofalówce wegański sos boloński (kupiłam go w Rossmanie)
16.00 - sok z buraka i jabłka (kupiony w szpitalnym sklepiku) i kilka plasterków pieczywa ryżowego
18.00 - kolacja: dwa kawałki chleba, pasztet fasolowy, warzywa
20.00 - podwójna Yogi Tea

W tych dniach byłam absolutnie samodzielna i przygotowanie posiłków nie sprawiło mi żadnego problemu (musicie tylko pamiętać, by wziąć małą deseczkę, ostry nóż, sztućce, ściereczkę do naczyń itp.). Oczywiście były też dni, w których nie musiałam robić prawie nic, bo przyjaciele, chłopak i rodzinka przynosili mi kolorowe śniadania, szejki, pierogi z kapustą i grzybami na obiad (<3!!!), ciepłe kanapki z grillowanym tofu na kolację. Dlatego jeśli w miejscu, w którym traficie do szpitala macie zaufanych, bliskich i pomocnych ludzi - powiedzcie im o swoim pobycie. To nie wiąże się z żadnym obowiązkiem gotowania, ale w połowie pobytu ktoś mógłby np. podrzucić drugą połowę zamrożonego wcześniej pasztetu czy kotlecików, podsmażone ukręcone wcześniej przez Was gołąbki itp. Ewentualnie zrobić zakupy w miejscu, gdzie jest sporo suchych, pasteryzowanych, po prostu posiadających długi termin ważności produktów - gotowe pasty na chleb, hummusy, mleka roślinne, sosy, świeże warzywa i owoce. Ostatecznie, jeśli szpital jest w dużym mieście, wszyscy dookoła są zajęci, a wy jesteście w złej kondycji zdrowotnej - pomyślcie o cateringu obiadowym.
Na pewno musem do spakowania w szpitalną torbę są: orzechy, suszone i świeże owoce, mleko roślinne, płatki owsiane, pasztety i hummusy, nawet pierogi z kapustą i grzybami - wtedy na pewno nie zginiecie.



2. Zaprzyjaźnij się z personelem! 

To kolejna część sukcesu. Ja na swoim oddziale reumatologicznym mam świetne układy z paniami salowymi i mogę do woli korzystać z mini-kuchni: przede wszystkim podgrzewając jedzonko. Panie wiedzą i akceptują to, że nie jem mięsa i nie piję mleka, dlatego zawsze częstują mnie tym, co danego dnia wpisuje się w dietę roślinną. Nie jest tego wiele, ale trafia się smaczna warzywna zupa czy buraczki. Takie dobre relacje skutkują np. podwójną porcją obiadowych warzyw (ciii...:)). Jeśli trafi wam się odpowiedni współlokator sali, można się powymieniać - oddajesz swoją porcję mięsa za czyjeś buraczki.... Piękne, prawda?


3. Czy są jakieś plusy pobytu roślinożercy w szpitalu?

Jasne, że tak. Przede wszystkim każdy dziwi się dlaczego cały czas coś majstrujesz przy lodówce i dlaczego oddajesz mięso i twaróg - wtedy albo możesz być zły, że ciągle musisz się powtarzać to samo, albo możesz podejść do tego inaczej. Spokojnie wytłumacz z czego wynika Twój wybór, pokaż, że posiłki, które jesz są smaczne i bardziej atrakcyjne od kawałka niezidentyfikowanego szarego mięsa z sosem. Ja nie spotkałam się w żadnymi negatywnymi reakcjami, wręcz było mi ogromnie miło, że przekonałam kilka osób do zrezygnowania z jajek trójek. Jedyne z czym na pewno się spotkacie to kultowe "ja bym tak nie mógł", ale do tego jesteście pewnie przyzwyczajeni. :)



4. Jakie roślinne zakupy mogłam zrobić w szpitalu?

W bufecie: najważniejsze dla mnie to pyszna czarna kawa z ekspresu, po którą przychodziłam z własnym kubkiem... :) Do tego, w razie potrzeby: warzywa gotowane na parze, ryż, talarki ziemniaczane. W kiosku: bułki, soki warzywne i owocowe, gorzka czekolada, wafle ryżowe, banany i jabłka.



5. Zdrowy rozsądek

Oczywiście opisuję sytuację, w której możemy się w jakiś sposób przygotować do pobytu w szpitalu. Nie zawsze są bliscy, którzy mogą nam pomóc i nie zawsze możemy wstać z łóżka o własnych siłach. Pamiętajcie, że Wasze zdrowie jest najważniejsze i jeśli będziecie w sytuacji, w której rzez długi czas nie ma możliwości zjedzenia wegańskiego posiłku - obiad z dodatkiem nabiału nie sprawi, że jak za dotknięciem magicznej różdżki przestaniecie być weganami/wegankami. Wszystko siedzi w naszych głowach, przekonaniach i podejściu na co dzień. Jeśli wyniszczycie swoje zdrowie, kto będzie walczył o prawa zwierząt...? :)


  
6. Dlaczego bywam w szpitalu tak często? 

To historia na długie dni, ale postaram się ją streścić. Całe młode życie byłam bardzo aktywną osobą, wyczynowo grałam w siatkówkę za najlepszych czasów PTPS Piła, aż któregoś dnia ból w okolicach kręgosłupa i bioder zwalił mnie z nóg. Dwa lata zmagałam się nie tylko z cierpieniem, ale też z... błędną diagnozą. Leczona na maleńkie przepukliny kręgosłupa nie widziałam żadnych efektów. Rezonanse, rentgeny, zastrzyki, tabletki, czopki, proszki, diety i ćwiczenia (pokraczne, bo nie byłam w stanie wykonać nawet 5% z tego, co robiłam podczas dawnych treningów). W końcu jeden z rozsądnych neurologów, odesłał mnie do reumatologa, bo twierdził, że tak natężony ból od pasa w dół nie może wynikać z tak minimalnych zmian w obrębie kręgosłupa. No i stało się - przez dwa lata walki z nieistniejącym wrogiem rozwijało się przewlekłe zapalenie stawów krzyżowo-biodrowych, a dowiedziałam się o tym za sprawą rentgenu, który kosztował całe 28zł (dla porównania wcześniejszy rezonans w błędnym kierunku kosztował mnie 530 zł). Na polski system diagnostyki wściekałam się krótko, bo jak najszybciej chciałam zacząć walkę z wrogiem. Wydawało mi się, że mimo wszystko to dobra informacja, bo może teraz to wyleczymy. Znowu błąd. Prawidłową diagnozę dostałam w roku 2013, a stan zapalny rozwijał się od połowy 2011 i zwyrodnienia są już trzeciego stopnia na cztery możliwe. Ciekawostka: zwyrodnienia stawów nie cofają się, można je "zaleczać". To zaleczanie od początku brzmiało dla mnie wyjątkowo enigmatycznie, ale starałam się mieć dobre podejście. Przy takich chorobach głównym celem jest zbicie wiecznie podwyższonego CRP (tzw. białko ostrej fazy). Przez kolejne dwa lata przyjmowałam niesteroidowe leki przeciwzapalne: NSLPZ - z ang. non-steroidal anti-inflammatory drugs. Jednocześnie starałam się być jak najbardziej aktywna, jeździłam na rowerze, zakochałam się w jodze Iyengara, jakiś czas podejmowałam lekkie ćwiczenia na siłowni. Niestety krótkie to były miłości, bo zawsze okazywało się, że dochodziły nowe partie bólu: biodra bolały przy długich wycieczkach rowerowych, bóle obojczyków i barków pojawiały się przy asanach, siłownia odpadała przez nawet najmniejsze obciążenia na górne partie pleców. Dziwiłam się, bo wcześniej bolały tylko biodra i kręgosłup.
Sierpień 2015 - okazuje się, że to już nie tylko zapalenie stawów krzyżowo-biodrowych, ale zapalenie stawów obwodowych. Na chłopski rozum zapalenie zaczyna atakować okolice moich obojczyków i stawu skokowego, zaczęły boleć stopy i właściwie całe plecy - od bioder po szyję. Zaczęłam przyjmować Metotreksat - lek równie znienawidzony, jak pokochany przez dotkniętych przewlekłymi chorobami reumatoidalnymi i nowotworowymi. Wywoływane przez niego reakcje chemiczne sprawiają, że szkodzi mi dłuższy kontakt ze słońcem, pod żadnym pozorem nie mogę wypić alkoholu ani zajść w ciążę. Bywają inne uciążliwości, ale pomińmy je.
Mam wrażenie, że lek powoli zaczyna działać, stopniowo czuję się lepiej pod względem stawu krzyżowo-biodrowego, choć ciągle muszę na siebie bardzo uważać, a przecież człowiek chciałby porządnie spocić się na siłowni od czasu do czasu... :)



Znowu dużo jeżdżę na rowerze, zaprzyjaźniłam się z orbitrekiem, sporo się rozciągam. Jedyne, z czym do dzisiaj nie mogę się do końca pogodzić to ciemna strona obecnego leku i jego toksyczne działanie, zwłaszcza że ogromnie dbam o to, co jem, by było naturalnie, zdrowo i w jak najmniej przetworzony sposób. Przez chwilę myślałam, że to wszystko się wyklucza i moje wysiłki w zakresie diety są bezsensowne, ale przejrzałam na oczy.
Patrząc na innych pacjentów, ja - weganka, z możliwie aktywnym trybem życia radzę sobie najlepiej ze skutkami ubocznymi leku. Chwilami mnie to nie dziwi, gdy widzę jak chorzy pacjenci dodatkowo szkodzą sobie nałogowym paleniem papierosów, ale każdy rozgrywa swoją walkę według własnej taktyki. Walcząc z tą chorobą musiałam maksymalnie ograniczyć czynniki stresogenne, w czym pomaga mi np. kontakt ze zwierzętami i ćwiczenia. Codziennie piję pokrzywę, aby wzmacniać włosy narażone na niepożądane działania leku, wcinam siemię lniane jak szalona i jeszcze bardziej dbam o jakość swojego życia. Od sierpnia zeszłego roku nie pozwoliłam sobie na żadne poważne stresy i zmartwienia, otaczam się cudownym gronem zaufanych ludzi, jeszcze bardziej wzmocniły się moje relacje rodzinne. W międzyczasie dołączyłam również do Otwartych Klatek, których sposób działania fascynuje mnie coraz bardziej. Robię dużo dobrych rzeczy, jestem spokojna i szczęśliwa, walczę!    



7. Czy reumatyzm naprawdę ma młodą twarz? 

Niestety tak. I o ile reumatyzm kojarzy się ze starszymi osobami narzekającymi na bóle kolan, to choroby reumatoidalne dotykają wszystkich - dzieci, młodzież, dorosłych i staruszków. Oczywiście, według statystyk musiałam mieć ogromnego pecha, żeby zachorować w tym wieku, ale traktuję to jako dar. Gdybym nie zaczęła walki z tym cholerstwem, z pewnością nie poznałabym obecnego chłopaka, który wspiera mnie od początku tych zmagań. Nie przyjechałabym na studia do Trójmiasta, a pokochałam je całym sercem. Nie przeprowadziłabym wywiadów z ulubionymi muzykami, nie poznałabym tylu cudownych ludzi, nigdy nie poszłabym na spacer z bezdomniakami z Ciapkowa. Bez seminarium licencjackiego pewnie nie zainteresowałabym się dietą roślinną, a więc nie byłoby także tego bloga. Bilans jest zdecydowanie pozytywny, bo o tym, co działoby się bez choroby nawet nie staram się myśleć, bo szkoda cennego czasu.
Ogromnie zachęcam Was do zapoznania się z kampanią społeczną Reumatyzm ma młodą twarz - klik!, do której przyłączyłam się jakiś czas temu. Organizatorzy dotykają wielu istotnych dla mnie na co dzień problemów, na przykład tego, czy mam prawo nie ustąpić miejsca w tramwaju komuś starszemu, gdy sama nie mam sił, by stać. Kampania uczy i przypomina, że nie każda przewlekła choroba jest widoczna na pierwszy rzut oka.  

powrót do domu z mamą Kasią!

A w domu... :) 

Czytaj Więcej »

czwartek, 14 kwietnia 2016

Domowy antycellulitowy peeling kawowy


"Domowe" - to słowo chodzi za mną od kilku miesięcy i czuję coraz większą potrzebę, by jak najwięcej kosmetyków i przetworów było zrobionych samodzielnie. Poza piklami, konfiturami, pastami i mlekiem roślinnym, bo to dla mnie sama przyjemność, w domu zaczęłam robić kosmetyki, środki do czyszczenia łazienki, stroiki i własnoręczne prezenty od serca. Poważnie wzięłam sobie do serca oszczędzanie pieniędzy, czasu i środowiska, toteż możliwe, że na blogu pojawi się jakaś nowa zakładka...:) Ale zacznijmy od małych kroków. Dziś wpis szczególnie dla Pań, które zmagają się z cellulitem, uwielbiają gładką skórę i lubią bawić się w domowe spa. Mój ulubiony peeling kawowy, który w połączeniu z aktywnością fizyczną i odpowiednią dietą potrafi zdziałać cuda. Jedynym przeciwwskazaniem przy jego stosowaniu jest ciąża i (co ważne) skłonność do zmian naczyniowych - pajączków itp. Pamiętajcie, żeby dodawać jedynie szczyptę cynamonu, bo jeśli przesadzicie z ilością, po nałożeniu peelingu skóra stanie się wyraźnie zaczerwieniona przez znane rozgrzewające właściwości tej korzennej przyprawy. Nie pomijajcie podpunktu o pomarańczowym aromacie, bo nadaje on piękny zapach i sprawia, że przyjemność ze stosowania kosmetyku staje się dużo większa.
Kofeina pobudza mikrokrążenie krwi, uaktywania odnowę komórkową, dotlenia komórki skórne i sprzyja wydalaniu toksyn. Co najważniejsze dla płci pięknej, wspomaga rozpad i wydalanie tkanki tłuszczowej.



Składniki na jeden duży słoik:
  • szklanka fusów od kawy
  • pół szklanki oleju kokosowego lub oliwy
  • spora szczypta cynamonu
  • 3/4 szklanki cukru
  • kilka kropel olejku pomarańczowego lub trochę sparzonej, drobno posiekanej skórki cytrynowej
Przygotowanie:

Wszystkie składniki bardzo dokładnie mieszamy, jeśli peeling jest zbyt gęsty, dodajemy oleju lub oliwy. Jeśli jest zbyt rzadki, cukru/fusów. 



Czytaj Więcej »

środa, 13 kwietnia 2016

Różowe naleśniki i słodki twarożek z tofu


Jakiś czas temu miałam pod opieką bardo wybrednego malucha, którego trudno było zachęcić do jedzenia śniadań. Wszystko wydawało mu się nudne, brzydkie i niesmaczne, do czasu, w którym biorąc go na ręce pokazywałam swoją półkę w lodówce - kolorowe owoce i warzywa, tęczowe soki, dziwnie brzmiące smaczliwki z ogromną pestką w środku i twarożek, który... nie jest twarożkiem. Jedliśmy zielone niby-omlety, bajkowe owsianki i, jak się później okazało, "najlepszaste" różowe naleśniki, z przepisem od samej Hello Kitty (;)), nafaszerowane słodkim twarożkiem i podane z górą owoców. Dzielę się z Wami tym prostym przepisem, bo warto czasami zaskoczyć kogoś kochanego takim pięknym śniadaniem do łóżka. Być może sami macie w domu niejadka, którego przekonają takie barwy na talerzu... :) Smacznego!  

Składniki:

na naleśniki:

  • szklanka mąki orkiszowej lub zwykłej pszennej
  • 5 łyżek zmielonych płatków owsianych
  • szklanka mleka roślinnego
  • pół szklanki wody lekko gazowanej
  • 4 łyżki soku z buraków i jabłek (do kupienia w marketach na dziale ze zdrową żywnością)
  • lyżeczka oleju
  • szczypta soli
  • łyżka cukru pudru
  • +olej do smażenia
na twarożek:

  • kostka tofu naturalnego
  • sok z dużej 1/3 cytryny
  • cukier puder - około 2 łyżki
  • spora szczypta sproszkowanej wanilii lub ziarenka świeżej
  • 3 łyżki jogurtu naturalnego (u mnie Sojade) lub 2 łyżki mleka roślinnego
Przygotowanie:
  1. Płatki owsiane mielimy w młynku. W dużej misce łączymy produkty suche: mąkę, cukier, sól, zmielone płatki owsiane. Dodajemy mleko, wodę, łyżeczkę oleju. Wszystko bardzo dokładnie mieszamy, np. przy pomocy rózgi kuchennej. Przykrywamy miskę, odstawiamy do lodówki. 
  2. Przygotowujemy twarożek - tofu odcedzamy z nadmiaru wody z paczki, kruszymy i wrzucmy do blendera - dodajemy sok z cytryny, cukier puder, wanilię i jogurt. Miksujemy do momentu uzyskania konsystencji podobnej do twarożku. Smakujemy, ewentualnie dodajemy cukru lub soku z cytryny.
  3. Naleśniki smażymy delikatnie smarując patelnię olejem przy pomocy pędzelka. 
  4. Faszerujemy twarożkiem i podajemy z owocami.


Czytaj Więcej »

sobota, 9 kwietnia 2016

Kanapki z pieczonym burakiem, awokado i wędzonym tofu


Wegańskie kanapki i nuda? Przy odrobinie inwencji nie ma takiej możliwości. Poza kolorowymi pastami (np. z czerwonej fasoli, chilli i żurawiny) mamy mnóstwo różnych możliwości na wkłady do kanapek, a dziś pokazuję Wam swoją ulubioną piknikową wersję. Dzieląc się takim drugim śniadaniem ze sceptykami roślinnej diety, na pewno zdobędziecie mocny punkt na swoje konto. A wiadomo przecież, że najlepszą formą perswazji w tym temacie jest pyszny poczęstunek. Tutaj wszystko jest na swoim miejscu - słodki pieczony burak, wędzony posmak tofu, kremowe awokado i chrupiąca zielenina. Do tego słodki, acz charakterny sos musztardowo-daktylowy. Nic, tylko prosić o dokładkę i mieć nadzieję, że podobne kanapki zawitają kiedyś do każdego uczelnianego buffetu... :)


Składniki na 4 kanapki widoczne na zdjęciu:
  • kostka wędzonego tofu
  • 1 upieczony burak (pieczemy w skórce, w folii aluminiowej przez około 50 minut, studzimy i obieramy ze skórki)
  • 1 dojrzałe awokado
  • ulubiona zielenina - u mnie roszponka
  • sól
  • pieprz
  • czosnek granulowany
  • kilka kromek pieczywa razowego lub ulubione bułki
+ na sos:
  • 8 daktyli
  • 4 łyżki musztardy
  • 2 łyżki kwaśnej konfitury, np. mirabelkowej (opcjonalne, acz wskazane!:))
  • sól, pieprz
Przygotowanie:

  1. Ulubione pieczywo przekrój na trójkąty lub według uznania.
  2. Tofu odcedź z wody, odciśnij na ręczniku papierowym, pokrój w plasterki. W podobne plastry krój buraka i awokado.
  3. Sos przygotuj według tego przepisu - klik!
  4. Kromki od środka wysmaruj sosem, w kanapkach układaj kolejno: zieleninę, tofu, awokado - posyp je czosnkiem, solą i pieprzem, buraka. 
  5. Jedz z drewnianym patyczkiem wbitym w środek, zagryzając słodkimi pomidorkami koktajlowymi, na zdrowie!




Czytaj Więcej »

piątek, 8 kwietnia 2016

Śniadaniowy koktajl jaglany z mango i szpinakiem


Powoli zaczyna się mój ulubiony czas w roku: śniadania na balkonie, tarasie i w ogrodzie. Kolorowe koktajle, masa owoców, placuszki, jaglanki i owsianki lepiej smakują, gdy zamiast radia przygrywa śpiew ptaków, a zamiast kaloryfera ogrzewają promienie słońca. Wszyscy wiemy, że ta pora trwa w Polsce zdecydowanie za krótko, dlatego szkoda mi czasu na długie przygotowania w kuchni. Wstawiam kaszę, biegnę do łazienki, wracam i wrzucam owoce do blendera, a reszta robi się sama. To nieprzecenione danie kiedy śpieszymy się do pracy czy szkoły, ale nie wyobrażamy sobie ominąć tego najważniejszego posiłku w ciągu dnia. Kop energetyczny gwarantowany, uśmiech również, nic tylko miksować! :)


Składniki:
  • 1 mango
  • 1 banan
  • 2 owoce kiwi
  • dwie garści szpinaku
  • sok z połowy cytryny
  • cztery łyżki suchej kaszy jaglanej
  • spora szczypta suszonego imbiru
  • 1 szklanka mleka roślinnego - u mnie ryżowe waniliowe
  • pół szklanki wody
  • opcjonalnie coś do osłody: łyżeczka cukru trzcinowego/syropu z agawy/syropu daktylowego itp.
Przygotowanie:


  1. Kaszę jaglaną płuczemy na sicie o maleńkich oczkach: najpierw zimną wodą, jednocześnie mieszając ziarenka dłonią, a później wrzątkiem. Gotujemy kaszę przez około 15-18 minut, odcedzamy na tym samym sicie, odstawiamy do przestygnięcia.
  2. Wszystkie owoce obieramy i kroimy na mniejsze części, wrzucamy do kielicha blendera, dodajemy umyty szpinak, sok z cytryny, imbir i pół szklanki wody. Dodajemy kaszę i całość miksujemy na najwyższych obrotach. Kiedy otrzymamy już gładki mus, dodajemy mleko, całość miksujemy jeszcze około 30 sekund, próbujemy, ewentualnie dosładzamy.
  3. Smacznego!


Czytaj Więcej »

środa, 6 kwietnia 2016

Ciasto marchewkowe z kremem jaglano-orzechowym


Nie ufam ludziom, którzy nie lubią ciasta marchewkowego. Jeśli miałabym wybrać jedną jedyną słodkość, na którą mogę sobie pozwolić do kawy, zdecydowanie byłby to marchwiak (dobra, może na równi z brownie). Kto mnie zna, ten wie, że jedną z moich największych słabości są korzenne aromaty i marchewka, dlatego takie połączenie zawsze będzie budziło we mnie ogrom sentymentów. Ostatnio stwierdziłam, że zwykłe marchewkowe ciasto z cytrusowym lukrem jest już nudne, więc przy okazji świąt wielkanocnych przełożyliśmy je kremem jaglanym z dodatkiem masła orzechowego. Na górę bita śmietanka kokosowa i "cheatmeal" jak znalazł. To ciasto nie należy do kategorii fit, za to budzi w podniebieniach przyjemną błogość i sprawia, że chce się do niego wracać. Nie tylko od święta...:)

Pamiętajcie, że zarówno w tym przepisie, jak w każdej innej recepturze dotyczącej ciast i muffinów, wszystkie składniki (poza tymi na krem) powinny mieć temperaturę pokojową.


Składniki:

ciasto:

  • 2 szklanki mąki (u mnie 1 pszenna, 1 orkiszowa)
  • pół szklanki wiórków kokosowych
  • 3/4 szklanki cukru
  • 2/3 szklanki oleju roślinnego
  • łyżka musu jabłkowego/jabłko-mango/dyniowego
  • 1 i 1/2 szklanki mleka roślinnego - u mnie ryżowe waniliowe
  • 200g drobno startej marchewki
  • spora szczypta gałki muszkatołowej
  • łyżeczka cynamonu
  • pół łyżeczki suszonego imbiru
  • czubata łyżeczka proszku do pieczenia
  • czubata łyżeczka sody
na krem:

  • szklanka kaszy jaglanej (przed ugotowaniem)
  • 2 szklanki mleka roślinnego (u mnie kokosowe) + niecałe pół szklanki wody
  • łyżeczka oleju
  • łyżka soku z cytryny
  • dwie czubate łyżki masła orzechowego
  • łyżka margaryny roślinnej
  • dwie/trzy łyżki cukru pudru
na śmietankę kokosową (wierzch):

  • puszka mleka kokosowego o wysokiej zawartości tłuszczu, schłodzonego w lodówce przez minimum dobę
  • czubata łyżka cukru pudru
Przygotowanie:
  1. Marchewkę ścieramy na tarce o drobnych oczkach.
  2. W dużej misce łączymy składniki suche: mąkę, cukier, wiórki kokosowe, proszek do pieczenia, sodę i przyprawy.  
  3. Do suchych składników dodajemy startą marchewkę i powoli wlewamy olej oraz mleko, dodajemy również mus owocowy. Wszystko bardzo dokładnie, ale raczej powoli mieszamy drewnianą łyżką.
  4. Dno tortownicy o średnicy około 22 cm wykładamy papierem do pieczenia, boki smarujemy olejem lub margaryną, ciasto wylewamy do formy i pieczemy przez około 50-60 minut, do "suchego patyczka", w temperaturze 180 stopni.
  5. W międzyczasie kaszę jaglaną przelewamy wrzątkiem (na sicie o najdrobniejszych oczkach), później jeszcze raz przelewamy letnią wodą, energicznie potrząsając sitem i mieszając kaszę dłonią. 
  6. W rondelku o grubym dnie zagotowujemy mleko i wodę (w sumie niecałe 2,5 szklanki), dodajemy łyżeczkę oleju, dorzucamy kaszę i gotujemy około 18 minut, aż kasza wchłonie cały płyn i będzie bardzo gęsta, a po bokach rondelka klejąca. 
  7. Tak przygotowaną kaszę natychmiast przekładamy do blendera (typu Thermomix, lub takiego z ostrzem w kształcie litery S), dodajemy dwie łyżki masła orzechowego, cukier puder, sok z cytryny i łyżkę margaryny. Miksujemy na najwyższych obrotach do czasu aż otrzymamy gładki krem. Smakujemy, ewentualnie dosładzamy.
  8. Otwieramy puszkę ze schłodzonym mlekiem kokosowym, delikatnie oddzielam część stałą od wody kokosowej, która zebrała się na dnie puszki. Stałą część mleka przekładamy do miski, dodajemy cukier puder i ubijamy mikserem aż do otrzymania konsystencji podobnej do bitej śmietany. Dla przełamania smaku możemy dodać odrobinę soku z cytryny lub limonki.
  9. Kiedy upieczone ciasto ostygnie, kroimy je na dwa blaty, środek suto przekładamy kremem jaglanym, a górę smarujemy bitą śmietanką kokosową. Wierzch posypujemy wedle uznania orzechami, owocami, czy tak jak u mnie - startą gorzką czekoladą.
  10. Smacznego! 







Czytaj Więcej »

sobota, 2 kwietnia 2016

Indyjski krem z pomidorów i soczewicy



Ostatnio jest mnie tu mniej niż zwykle i mniej niż chciałoby tego moje roślinne serducho, ale musicie uwierzyć (póki co na słowo), że wszystko przez pracę nad kilkoma projektami, których efekty ujrzycie około maja i czerwca. Póki co mam dla Was jeden z ulubionych przepisów na sycące i szybkie zupy - krem z pomidorów i soczewicy, pachnący mlekiem kokosowym i imbirem. Składniki do przygotowania takiego obiadu możecie mieć zawsze w zakątkach swoich piwniczek i kuchni, a jeśli odnajdziecie swoje idealne proporcje przypraw (zwłaszcza ostrych), gwarantuję, że przepis zostanie z Wami na długo. Smacznego!





Składniki:

  • 1,5 l bulionu warzywnego
  • 3/4 szklanki czerwonej soczewicy (przed ugotowaniem)
  • puszka pomidorów
  • puszka mleka kokosowego
  • cebula
  • dwa ząbki czosnku
  • sól
  • łyżeczka suszonego imbiru
  • pół łyżeczki cynamonu
  • spora szczypta pieprzu kajeńskiego
  • łyżka oleju
Przygotowanie:

  1. W wysokim rondlu o grubym dnie rozgrzewamy olej, szklimy na nim posiekaną cebulkę, chwilę później (dosłownie na minutę) dodajemy posiekany czosnek. Całość mieszamy. 
  2. Do cebuli i czosnku dorzucamy pomidory, przesmażamy kilka minut, po czym dodajemy suchą soczewicę, dokładnie mieszamy i całość zalewamy bulionem warzywnym. Gotujemy na średnim ogniu około 15-20 minut. 
  3. Doprawiamy solą, pieprzem kajeńskim, imbirem i cynamonem. 
  4. Zmniejszamy ogień do minimum, dolewamy mleko kokosowe i dokładnie mieszamy z resztą zupy. Zagotowujemy zupę, by jeszcze bardziej się zagęściła.
  5. Miksujemy na krem, ewentualnie dodatkowo doprawiamy według uznania.

Czytaj Więcej »