Menu

Image Map

niedziela, 24 kwietnia 2016

Dieta roślinna a pobyt w szpitalu i trochę o tym, co ja tam właściwie robię


Ostrzeżenie: tylko najtrwalsi dotrwają do końca tego wpisu. :) Jakiś czas temu obiecywałam Wam na Facebooku taki post i oto jest. Piszę o tym, co jeść i jak przeżyć w polskim szpitalu na diecie roślinnej, trochę o chorobie i sposobach radzenia sobie z nią. Jeśli choć jedna z porad Wam się przyda, będzie mi ogromnie miło. Pamiętajcie, że z reguły nic nie jest tak trudne, jak nam się początkowo wydaje. Tak jest z małymi rzeczami - jak wegańskim jedzeniem w szpitalu i z większymi - jak radzenie sobie z przewlekłą, strasznie wredną chorobą.

1. Przygotuj się!

Dotychczas prawie zawsze miałam to szczęście, że do szpitala trafiałam na zaplanowane dużo wcześniej pobyty. Wiedziałam kiedy i mniej więcej na jak długo będę musiała zostać w danej placówce i dlatego podczas szóstego już pobytu jestem weteranką - doskonale wiem jak się przygotować. Najważniejsze jest dotarcie do informacji czy na waszym oddziale będziecie mieli do dyspozycji lodówkę i mikrofalówkę. Jeśli tak - możecie odetchnąć, będzie tylko łatwiej (ja nie spotkałam jeszcze oddziału, który nie zapewniałby takiej możliwości, ale jeśli macie inne doświadczenia, dajcie znać).
Dotychczas jedynymi w pełni roślinnymi opcjami szpitalnej kuchni, z którymi się spotkałam były: chleb z dżemem, ziemniaki, buraczki, plastry pomidora i ogórka, kawa zbożowa.... :) Niby horror, ale nie jest tak źle, jeśli budzą cię przed szóstą i poza kilkoma badaniami czy zabiegami niespecjalnie organizują twój wolny czas - masz pole do popisu, by przygotować sobie wegańskie opcje posiłków. Co kupić przed pobytem? Żeby było łatwiej, opiszę co dokładnie jadłam przez dwa pierwsze dni:

dzień 1:

7.00 - szklanka wody z cytryną
8.00 - śniadanie: dwie kromki chleba żytniego, dwa plastry pasztetu fasolowego (upieczony dzień przed pobytem) z żurawinowym chrzanem, ogórek kiszony i pomidor, kubek kawy zbożowej z mlekiem migdałowym (kupione przed pobytem)
10.30 - pół melona
13.00 - obiad: ziemniaki i buraczki szpitalne, 2 kotleciki z kaszy jaglanej, marchewki i tofu (przygotowane przed pobytem)
16.00 - batonik FigBar malinowy, kilka orzechów
18.00 - kolacja: chrupkie pieczywo razowe, mały hummus (kupny, np. Sante czy biedronkowy), słupki ogórka i marchewki
20.00 - herbata zielona z malinami

dzień 2:

7.00 - szklanka wody z cytryną
8.00 - śniadanie: musli owsiane z suszonymi owocami zalane mlekiem migdałowym podgrzanym w mikrofalówce szpitalnej :) do tego pokrojony banan i jabłko
10.30 - pół melona
13.00 - obiad: szpitalna zupa warzywna, makaron szpitalny świderki + podgrzany w mikrofalówce wegański sos boloński (kupiłam go w Rossmanie)
16.00 - sok z buraka i jabłka (kupiony w szpitalnym sklepiku) i kilka plasterków pieczywa ryżowego
18.00 - kolacja: dwa kawałki chleba, pasztet fasolowy, warzywa
20.00 - podwójna Yogi Tea

W tych dniach byłam absolutnie samodzielna i przygotowanie posiłków nie sprawiło mi żadnego problemu (musicie tylko pamiętać, by wziąć małą deseczkę, ostry nóż, sztućce, ściereczkę do naczyń itp.). Oczywiście były też dni, w których nie musiałam robić prawie nic, bo przyjaciele, chłopak i rodzinka przynosili mi kolorowe śniadania, szejki, pierogi z kapustą i grzybami na obiad (<3!!!), ciepłe kanapki z grillowanym tofu na kolację. Dlatego jeśli w miejscu, w którym traficie do szpitala macie zaufanych, bliskich i pomocnych ludzi - powiedzcie im o swoim pobycie. To nie wiąże się z żadnym obowiązkiem gotowania, ale w połowie pobytu ktoś mógłby np. podrzucić drugą połowę zamrożonego wcześniej pasztetu czy kotlecików, podsmażone ukręcone wcześniej przez Was gołąbki itp. Ewentualnie zrobić zakupy w miejscu, gdzie jest sporo suchych, pasteryzowanych, po prostu posiadających długi termin ważności produktów - gotowe pasty na chleb, hummusy, mleka roślinne, sosy, świeże warzywa i owoce. Ostatecznie, jeśli szpital jest w dużym mieście, wszyscy dookoła są zajęci, a wy jesteście w złej kondycji zdrowotnej - pomyślcie o cateringu obiadowym.
Na pewno musem do spakowania w szpitalną torbę są: orzechy, suszone i świeże owoce, mleko roślinne, płatki owsiane, pasztety i hummusy, nawet pierogi z kapustą i grzybami - wtedy na pewno nie zginiecie.



2. Zaprzyjaźnij się z personelem! 

To kolejna część sukcesu. Ja na swoim oddziale reumatologicznym mam świetne układy z paniami salowymi i mogę do woli korzystać z mini-kuchni: przede wszystkim podgrzewając jedzonko. Panie wiedzą i akceptują to, że nie jem mięsa i nie piję mleka, dlatego zawsze częstują mnie tym, co danego dnia wpisuje się w dietę roślinną. Nie jest tego wiele, ale trafia się smaczna warzywna zupa czy buraczki. Takie dobre relacje skutkują np. podwójną porcją obiadowych warzyw (ciii...:)). Jeśli trafi wam się odpowiedni współlokator sali, można się powymieniać - oddajesz swoją porcję mięsa za czyjeś buraczki.... Piękne, prawda?


3. Czy są jakieś plusy pobytu roślinożercy w szpitalu?

Jasne, że tak. Przede wszystkim każdy dziwi się dlaczego cały czas coś majstrujesz przy lodówce i dlaczego oddajesz mięso i twaróg - wtedy albo możesz być zły, że ciągle musisz się powtarzać to samo, albo możesz podejść do tego inaczej. Spokojnie wytłumacz z czego wynika Twój wybór, pokaż, że posiłki, które jesz są smaczne i bardziej atrakcyjne od kawałka niezidentyfikowanego szarego mięsa z sosem. Ja nie spotkałam się w żadnymi negatywnymi reakcjami, wręcz było mi ogromnie miło, że przekonałam kilka osób do zrezygnowania z jajek trójek. Jedyne z czym na pewno się spotkacie to kultowe "ja bym tak nie mógł", ale do tego jesteście pewnie przyzwyczajeni. :)



4. Jakie roślinne zakupy mogłam zrobić w szpitalu?

W bufecie: najważniejsze dla mnie to pyszna czarna kawa z ekspresu, po którą przychodziłam z własnym kubkiem... :) Do tego, w razie potrzeby: warzywa gotowane na parze, ryż, talarki ziemniaczane. W kiosku: bułki, soki warzywne i owocowe, gorzka czekolada, wafle ryżowe, banany i jabłka.



5. Zdrowy rozsądek

Oczywiście opisuję sytuację, w której możemy się w jakiś sposób przygotować do pobytu w szpitalu. Nie zawsze są bliscy, którzy mogą nam pomóc i nie zawsze możemy wstać z łóżka o własnych siłach. Pamiętajcie, że Wasze zdrowie jest najważniejsze i jeśli będziecie w sytuacji, w której rzez długi czas nie ma możliwości zjedzenia wegańskiego posiłku - obiad z dodatkiem nabiału nie sprawi, że jak za dotknięciem magicznej różdżki przestaniecie być weganami/wegankami. Wszystko siedzi w naszych głowach, przekonaniach i podejściu na co dzień. Jeśli wyniszczycie swoje zdrowie, kto będzie walczył o prawa zwierząt...? :)


  
6. Dlaczego bywam w szpitalu tak często? 

To historia na długie dni, ale postaram się ją streścić. Całe młode życie byłam bardzo aktywną osobą, wyczynowo grałam w siatkówkę za najlepszych czasów PTPS Piła, aż któregoś dnia ból w okolicach kręgosłupa i bioder zwalił mnie z nóg. Dwa lata zmagałam się nie tylko z cierpieniem, ale też z... błędną diagnozą. Leczona na maleńkie przepukliny kręgosłupa nie widziałam żadnych efektów. Rezonanse, rentgeny, zastrzyki, tabletki, czopki, proszki, diety i ćwiczenia (pokraczne, bo nie byłam w stanie wykonać nawet 5% z tego, co robiłam podczas dawnych treningów). W końcu jeden z rozsądnych neurologów, odesłał mnie do reumatologa, bo twierdził, że tak natężony ból od pasa w dół nie może wynikać z tak minimalnych zmian w obrębie kręgosłupa. No i stało się - przez dwa lata walki z nieistniejącym wrogiem rozwijało się przewlekłe zapalenie stawów krzyżowo-biodrowych, a dowiedziałam się o tym za sprawą rentgenu, który kosztował całe 28zł (dla porównania wcześniejszy rezonans w błędnym kierunku kosztował mnie 530 zł). Na polski system diagnostyki wściekałam się krótko, bo jak najszybciej chciałam zacząć walkę z wrogiem. Wydawało mi się, że mimo wszystko to dobra informacja, bo może teraz to wyleczymy. Znowu błąd. Prawidłową diagnozę dostałam w roku 2013, a stan zapalny rozwijał się od połowy 2011 i zwyrodnienia są już trzeciego stopnia na cztery możliwe. Ciekawostka: zwyrodnienia stawów nie cofają się, można je "zaleczać". To zaleczanie od początku brzmiało dla mnie wyjątkowo enigmatycznie, ale starałam się mieć dobre podejście. Przy takich chorobach głównym celem jest zbicie wiecznie podwyższonego CRP (tzw. białko ostrej fazy). Przez kolejne dwa lata przyjmowałam niesteroidowe leki przeciwzapalne: NSLPZ - z ang. non-steroidal anti-inflammatory drugs. Jednocześnie starałam się być jak najbardziej aktywna, jeździłam na rowerze, zakochałam się w jodze Iyengara, jakiś czas podejmowałam lekkie ćwiczenia na siłowni. Niestety krótkie to były miłości, bo zawsze okazywało się, że dochodziły nowe partie bólu: biodra bolały przy długich wycieczkach rowerowych, bóle obojczyków i barków pojawiały się przy asanach, siłownia odpadała przez nawet najmniejsze obciążenia na górne partie pleców. Dziwiłam się, bo wcześniej bolały tylko biodra i kręgosłup.
Sierpień 2015 - okazuje się, że to już nie tylko zapalenie stawów krzyżowo-biodrowych, ale zapalenie stawów obwodowych. Na chłopski rozum zapalenie zaczyna atakować okolice moich obojczyków i stawu skokowego, zaczęły boleć stopy i właściwie całe plecy - od bioder po szyję. Zaczęłam przyjmować Metotreksat - lek równie znienawidzony, jak pokochany przez dotkniętych przewlekłymi chorobami reumatoidalnymi i nowotworowymi. Wywoływane przez niego reakcje chemiczne sprawiają, że szkodzi mi dłuższy kontakt ze słońcem, pod żadnym pozorem nie mogę wypić alkoholu ani zajść w ciążę. Bywają inne uciążliwości, ale pomińmy je.
Mam wrażenie, że lek powoli zaczyna działać, stopniowo czuję się lepiej pod względem stawu krzyżowo-biodrowego, choć ciągle muszę na siebie bardzo uważać, a przecież człowiek chciałby porządnie spocić się na siłowni od czasu do czasu... :)



Znowu dużo jeżdżę na rowerze, zaprzyjaźniłam się z orbitrekiem, sporo się rozciągam. Jedyne, z czym do dzisiaj nie mogę się do końca pogodzić to ciemna strona obecnego leku i jego toksyczne działanie, zwłaszcza że ogromnie dbam o to, co jem, by było naturalnie, zdrowo i w jak najmniej przetworzony sposób. Przez chwilę myślałam, że to wszystko się wyklucza i moje wysiłki w zakresie diety są bezsensowne, ale przejrzałam na oczy.
Patrząc na innych pacjentów, ja - weganka, z możliwie aktywnym trybem życia radzę sobie najlepiej ze skutkami ubocznymi leku. Chwilami mnie to nie dziwi, gdy widzę jak chorzy pacjenci dodatkowo szkodzą sobie nałogowym paleniem papierosów, ale każdy rozgrywa swoją walkę według własnej taktyki. Walcząc z tą chorobą musiałam maksymalnie ograniczyć czynniki stresogenne, w czym pomaga mi np. kontakt ze zwierzętami i ćwiczenia. Codziennie piję pokrzywę, aby wzmacniać włosy narażone na niepożądane działania leku, wcinam siemię lniane jak szalona i jeszcze bardziej dbam o jakość swojego życia. Od sierpnia zeszłego roku nie pozwoliłam sobie na żadne poważne stresy i zmartwienia, otaczam się cudownym gronem zaufanych ludzi, jeszcze bardziej wzmocniły się moje relacje rodzinne. W międzyczasie dołączyłam również do Otwartych Klatek, których sposób działania fascynuje mnie coraz bardziej. Robię dużo dobrych rzeczy, jestem spokojna i szczęśliwa, walczę!    



7. Czy reumatyzm naprawdę ma młodą twarz? 

Niestety tak. I o ile reumatyzm kojarzy się ze starszymi osobami narzekającymi na bóle kolan, to choroby reumatoidalne dotykają wszystkich - dzieci, młodzież, dorosłych i staruszków. Oczywiście, według statystyk musiałam mieć ogromnego pecha, żeby zachorować w tym wieku, ale traktuję to jako dar. Gdybym nie zaczęła walki z tym cholerstwem, z pewnością nie poznałabym obecnego chłopaka, który wspiera mnie od początku tych zmagań. Nie przyjechałabym na studia do Trójmiasta, a pokochałam je całym sercem. Nie przeprowadziłabym wywiadów z ulubionymi muzykami, nie poznałabym tylu cudownych ludzi, nigdy nie poszłabym na spacer z bezdomniakami z Ciapkowa. Bez seminarium licencjackiego pewnie nie zainteresowałabym się dietą roślinną, a więc nie byłoby także tego bloga. Bilans jest zdecydowanie pozytywny, bo o tym, co działoby się bez choroby nawet nie staram się myśleć, bo szkoda cennego czasu.
Ogromnie zachęcam Was do zapoznania się z kampanią społeczną Reumatyzm ma młodą twarz - klik!, do której przyłączyłam się jakiś czas temu. Organizatorzy dotykają wielu istotnych dla mnie na co dzień problemów, na przykład tego, czy mam prawo nie ustąpić miejsca w tramwaju komuś starszemu, gdy sama nie mam sił, by stać. Kampania uczy i przypomina, że nie każda przewlekła choroba jest widoczna na pierwszy rzut oka.  

powrót do domu z mamą Kasią!

A w domu... :) 

12 komentarzy:

  1. Podziwiam cię, że tak otwarcie piszesz o swojej chorobie :) Walcz, walcz, na pewno uda ci się z nią wygrać. Trzymam kciuki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O każdej chorobie warto mówić głośno - dla diagnostyki, dla otuchy, dla własnej ulgi. Dziękuję ogromnie!

      Usuń
  2. Odpowiedzi
    1. ufff, to znaczy, że aż tak bardzo nie zanudzałam... :)

      Usuń
  3. Werka! Dzięki za ten promień słońca, który wysłałaś do nas wszystkich, odsyłam Ci go z powrotem razem z milionem buziaków! Jesteś silna, piękna, dzielna i dobra! Nie daj się i walcz każdego dnia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się ogromnie, że ostateczny wydźwięk budzi pozytywne emocje. :) Baardzo dziękuję, wszystkie łapię, tulę z całych sił i boksuję się nadal z tym szkodnikiem! :)

      Usuń
  4. Bo to wielki dar znaleźć w sobie taką siłę, taką energię, która pozwala zbudować nowy ład i porządek zdawałoby się na zgliszczach. I Ty Weroniko go masz, potrafisz go docenić, wykorzystać i jeszcze dzielić się nim z nami. Dzięki temu otaczasz się pięknymi i dobrymi ludźmi, miejscami, sytuacjami. Tak trzymaj! Zdrówka!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Traktowanie tego wszystkiego w kategorii daru całkowicie zmienia jakość życia... :) Bardzo dziękuję za tak ciepłe słowa, przesyłam uściski!

      Usuń
  5. Jak widać dla chcącego nic trudnego, i plusy można znaleźć w każdej sytuacji. Najważniejsze jest właśnie optymistyczne myślenie i nie załamywanie się, bo to nic nie daje :) Fajnie, że motywujesz i pokazujesz, że można! Powodzenia i dużo zdrowia! :) Maugo

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne, że tak, choć myślę, że kluczową rolę w "narodzeniu się" takiego podejścia odgrywa obecność i wsparcie bliskich. :) Bardzo dziękuję za tyle dobrych słów, uściski!

      Usuń
  6. Myślę, że te Twoje rady można przełożyć też na inne warunki typu wyjazdy, gdzie nie koniecznie będą knajpy wegańskie.
    Jesteś bardzo pozytywną osobą, jak na to wszystko co Ciebie spotkało. Trzymam za Ciebie kciuki, by można było "zaleczyć" wszystkie te ogniska zapalne. Być mogła żyć pełnią życia.

    Też tak staram się żyć i między innymi przez problemy zdrowotne (niedoczynność tarczycy, liczne alergie, guzki w piersiach) zainteresowałam się weganizmem, co prawda jem jeszcze od czasu do czasu porcję ryby,owoce morza, czy jajka, ale już w bardzo małych ilościach 1 -2 porcje w tygodniu jednego z wymienionych składników. Być może i kiedyś z tego zrezygnuję, na razie mi ciężko, bo jestem na etapie nauki, komponowania zdrowego menu. Przekonałam też męża i więcej je roślinnie, owszem wcina mięso 1-2 razy w tygodniu, ale nie częściej bo go po prostu nie przygotowuję. Nabiał też je, bo może (ja mam nietolerancję laktozy, więc i tak od roku nie jadłam), ale już w mniejszych ilościach niż kiedyś. Jak robię mu owsiankę, to na mleku roślinnym, sosy śmietanowe na śmietance ryżowej czy nawet zrobiłam majonez na bazie mleka sojowego;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że są przydatne. :) Dziękuję bardzo za ciepłe słowa! To wiele dla mnie znaczy. :) Z weganizmem zazwyczaj jest tak, że dobrze dojść do niego stopniowo, mądrze i z pomysłem. Ja z całym przekonaniem traktuję tę decyzję jako jedną z lepszych w życiu- czuję się o niebo lepiej pod względem etycznym, zdrowotnym i... energetycznym. :) Pozdrowienia i powodzenia dla Was na (być może) wspólnej drodze do roślinnej diety :))

      Usuń