Menu

Image Map

sobota, 31 października 2015

Sałatka z pieczonymi marchewkami, granatem i sosem tahini



Do czwartku znałam je tylko ze zdjęć, były niespełnionym marzeniem, fantazją na temat ulubionego warzywa, tajemnicą kręgu warzyw. Jeśli już je spotykałam, to na targach śniadaniowych o mocno przesadzonej cenie, co skutecznie mnie odstraszało. I ponownie, jak w przypadku okrągłych cukinii, z ratunkiem przybył Bazar Natury w gdańskiej Olivii. Poszłam po chleb, a przyniosłam pęczek dorodnych, wdzięczących się do mnie w tramwaju kolorowych marchwi. Całą drogę zastanawiałam się co z nich zrobię, do konkurencji stawały: pasta na chleb, słodko-ostry krem, frytki i ona... Oto przed Wami przepiękna i przepyszna w swojej prostocie sałatka z pieczonej marchwi z charakternym sosem tahini, wybuchowym granatem i świeżą pietruchą. Powstaje i znika w mgnieniu oka.
:)

PS

Kolejny raz (tym razem w konsultacji z Panią Marią z Zieleniaka) nie udało mi się wybrać idealnego, dojrzałego owocu granatu. Czy ktoś z Was zna jakiś magiczny patent, by w środku spotykać krwiste, soczyste i słodkie pestki? Najczęściej zastaję efekt widoczny na zdjęciach, mimo że granat z zewnątrz wydaje się dojrzały i rumiany. Pomocy!






Składniki na 2 porcje widoczne na zdjęciu:
  • 3 duże marchewki - u mnie żółta, fioletowa, pomarańczowa
  • pestki granatu - z ok. 1/4 owoca
  • posiekana pietruszka
  • 2 łyżki tahiny
  • łyżka jogurtu naturalnego (u mnie sojowy)
  • sok z połowy limonki
  • łyżka wody (lub więcej, według upodobań w kwestii intensywności smaku tahiny oraz konsystencji sosu)
  • mała garść posiekanej pietruszki 
  • sól, pieprz cytrynowy
  • ząbek czosnku
  • odrobina syropu z agawy lub innego słodzika
  • oliwa - ok. 1 łyżka
Przygotowanie:

  1. Marchewki myjemy, obieramy i kroimy w plasterki. Wrzucamy je do dużej miski, dodajemy ok. 1,5 łyżki oliwy, szczyptę soli i dokładnie mieszamy, najlepiej dłonią, tak by oliwa musnęła wszystkie plasterki.
  2. Marchewki wykładamy na papier do pieczenia, wsuwamy do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni i pieczemy ok. 25 minut, pod koniec zaglądając, by zbytnio się nie spiekły.
  3. W międzyczasie przygotowujemy sos: łączymy tahinę, jogurt, sok z limonki, wodę, sól, pieprz, czosnek przeciśnięty przez praskę i nieco syropu z agawy. Całość dokładnie mieszamy i wkładamy do lodówki. 
  4. Wyjmujemy pestki granatu, pietruszkę myjemy i bardzo drobno siekamy. 
  5. Upieczone marchewki łączymy z granatem, pietruchą i sosem.
  6. Smacznego!


Czytaj Więcej »

wtorek, 27 października 2015

Dyniowy sernik jaglany z czekoladą i skórką pomarańczy


Dynia, kasza jaglana, cynamon i sórka pomarańczy - to kombinacja niemalże idealna, zwłaszcza na jesień i zwłaszcza dla weganina na (cukrowym) głodzie. O wiele lżejsza wersja tadycyjnego sernika z dodatkiem dyniowego puree, każdego kulinarnego sceptyka przyprawi o pomruki zadowolenia i chęć pokornego uderzenia się w pierś. Bo każdy (na początku) ma prawo nie wierzyć w cudowność roślinnych słodkości, ale wszystko zmienia się, gdy na drodze staną one - tarty czekoladowe i tofurniki z Avocado, nerkownik i bounty z Fukafe, tarty jaglane od MiXtury, tiramisu z Vege Miasta, czy po prostu kawałek domowego wegańskiego ciacha od znajomego. Obraz staje się szerszy, perspektywa roślinnego żywienia już nie tak kosmiczna, ciekawość rozbudzona. A później chce się więcej i więcej, a kończy się jak ja - po nocach obliczając idealne proporcje agaru i kaszy. :) 

W dziedzienie roślinnego pieczenia, na kulinarnych świrów czekają potężne tereny do odkrycia, a więc nadchodzę z kolejną propozycją - choć tym razem bez włączania piekarnika, nadal jest pysznie.






Składniki na małą okrągłą formę (ok. 18cm)

Masa "serowa":
  • pełna szklanka kaszy jaglanej 
  • 2 szklanki mleka -u mnie sojowe waniliowe
  • pół szklanki wody
  • 1,5 szklanki puree z dyni (tutaj przeczytasz jak je przygotować)
  • kora cynamonu
  • łyżeczka oleju kokosowego (lub innego roślinnego)
  • ok. pół szklanki cukru trzcinowego lub kilka łyżek innego słodzika (np. syropu z agawy)
  • 1 puszka mleczka kokosowego (dzień wcześniej włóżcie je do lodówki)
  • 2 łyżeczki agaru (wegański odpowiednik żelatyny)
Spód ciasta:

  • ok. 100g ciasteczek typu herbatniki (u mnie bezglutenowe)
  • 2 łyżki masła orzechowego
  • 8 daktyli namoczonych we wrzątku przez minimum 5 minut
Na wierzch:
  • ok. 80g gorzkiej czekolady o wysokiej zawartości kakao
  • łyżeczka oleju kokosowego
  • skórka starta z jednej pomarańczy
  • maleńka (!) szczypta kurkumy 
Przygotowanie:



  1. Najpierw przygotowujemy spód według TEGO przepisu.
  2. Gotujemy kaszę jaglaną - ja kupuję ekologiczną i nie sparzam wcześniej wrzątkiem, jednak jeśli chcecie być pewni pozbycia się ewentualnej goryczki - przed gotowaniem przelejcie kaszę wrzątkiem i przepłuczcie zimną wodą. Kaszę gotujemy na wolnym ogniu w mleku sojowym i wodzie, z dodatkiem łyżeczki oleju, korą cynamonu, a pod koniec - również z wybranym słodzikiem. Kiedy kasza wchłonie niemal cały płyn (ok. 12 minut gotowania), dodajemy puree z dyni, całość dokładnie mieszamy i gotujemy jeszcze kilka minut (około 5). Cała masa powinna być dość gęsta. Na końcu nie zapomnijcie o wyjęciu kory cynamonu.
  3. Do osobnego garnuszka dodajemy stałą część mleczka kokosowego, łyżeczkę cukru i agar. Podgrzewamy (stale mieszając!) na malutkim ogniu, do momentu zagotowania (bulgotania). Od tego momentu podgrzewamy kokosowy płyn jeszcze krótką chwilę - ok. pół minuty.
  4. Do kielicha blendera wysokoobrotowego przekładamy najpierw dyniową, ugotowaną wcześniej kaszę, a następnie gorące mleczko kokosowe z agarem. Całość miksujemy do uzyskania gładkiej masy - niecałą minutę na najwyższych obrotach. W razie potrzeby dodajemy więcej cukru/cynamonu do smaku.
  5. Tak przygotowaną masę wylewamy na wcześniej przygotowany spód i wyrównujemy wierzch. Póki co odstawiamy w miejsce o temperaturze pokojowej.
  6. Czekoladę z łyżeczką oleju rozpuszczamy w kąpieli wodnej i po delikatnym przestygnięciu (ale nadal ciepłą) wylewamy na spód masy jaglanej (ta powinna już zacząć tężeć). Na końcu ciasto posypujemy startą skórką z pomarańczy (ja tarłam przy pomocy obieraczki julienne), pamiętając o wcześniejszym sparzeniu owocu wrzątkiem i dokładnym wyszorowaniu skórki. 
  7. Tak przygotowane ciasto wkładamy do lodówki na kilka godzin, a najlepiej na całą noc, by porządnie stężało. 
  8. Zajadamy ze smakiem! 



Czytaj Więcej »

niedziela, 25 października 2015

Pochwała prostoty - makaron z armią pieczonych warzyw


Viva la pasta! Dziś obchodzimy Światowy Dzień Makaronu, a ja życzę sobie i Wam, by nigdy nie zabrakło go na świecie. Makaron to w wielu przypadkach początek kulinarnych przygód - studenckie bolońskie (TU przepis), makaron zasmażany z cebulą (:D), spaghetti al pomodoro, szybkie pesto ze świderkami - nie potrzeba tu filozofii, trudno cokolwiek zepsuć, a smak zawsze zachwyca. Wokół tego cudownego produktu krąży wiele mitów i legend, ale warto zapamiętać, że to nie Włosi, a... Chińczycy, jako pierwsi wykazali się tym mącznym geniuszem kulinarnym i stworzyli kluski makaronowe. Włosi natomiast, za co należy im się dozgonna wdzięczność, spopularyzowali produkcję makaronu już za czasów imperium rzymskiego. O tym, jak dokładnie na to wpadli, krążą prawdziwe legendy, moją ulubioną wersją jest ta, o przewożącym mąkę statku. Podobno pewnego dnia do jego ładowni pechowo dostała się woda, namaczając niemal całe pokłady białej mąki. Po wysuszeniu okrętu, na jego deskach pozostało mnóstwo drobnych wysuszonych kawałków (mącznych klusek). Odnalazł je właściciel statku, który nie mogąc pozwolić sobie na kolejne straty, zaczął wrzucać kluski do gotującej się wody, z nadzieją, że tak staną się zjadliwe. Eksperyment się udał - właściciel statku karmił nimi wycieńczonych niewolników.

Dziś makaron to podstawa dań najlepszych światowych restauracji, niezbędnik w szafce kuchennej każdego Europejczyka, a przede wszystkim baza dla nieskończonych eksperymentów amatorów i mistrzów sztuki kulinarnej.

Mimo, że tak dumne święto pewnie wymaga fajerwerków kulinarnych, stawiam na prostotę i dzielę się z Wami bardzo prostym przepisem na przepyszny makaron ze słodkimi pieczonymi warzywami i chrupiącymi pestkami dyni. Możecie kombinować z nim na wiele sposobów, jednak nie pomijajcie dyni - nadaje cudownej słodyczy i jesiennego aromatu.

Wszystkiego najlepszego, makaronożercy!




Składniki na ok. 6 dużych porcji:

  • pół kilograma brukselki 
  • kilogram dyni (waga przed obrobieniem - u nas dynia zwyczajna)
  • dwie cebule cukrowe
  • 1 mała cukinia
  • 1 duża papryka (u nas pół żółtej i pół czerwonej)
  • opcjonalnie: suszone grzyby (kilka sztuk wcześniej sparzonych wrzątkiem - u nas prawdziwki)
  • pęczek pietruszki
  • 6 ząbków czosnku
  • tymianek, oregano, sól, pieprz ziołowy
  • olej roślinny do pieczenia warzyw
  • oliwa 
  • odrobina wody
  • makaron - u mnie kukurydziany (ilość według możliwości żołądka - polecam niewiele, bo same warzywa są baardzo syte) 
  • spora garść pestek dyni


Przygotowanie:

  1. Dynię, paprykę i cukinię kroimy w kostkę, a brukselkę w ćwiartki. Warzywa wrzucamy do głębokiej miski, wlewamy do niej trzy łyżki oleju roślinnego, dodajemy sól, ziołowy pieprz, suszone oregano i tymianek, całość bardzo dokładnie mieszamy. Blachę wykładamy papierem do pieczenia, na nim pieczemy warzywa przez 30 minut w temp. ok 190 stopni.
  2. W międzyczasie na dużej patelni rozgrzewamy trochę oliwy, podsmażamy na niej cebulę pokrojoną w piórka i (ewentualnie) wcześniej namoczone grzyby. Kiedy cebula lekko się zarumieni, dodajemy posiekany czosnek (3 ząbki). Całość dokładnie mieszamy, smażymy jeszcze ok minutę, po czym dorzucamy upieczone warzywa. Wszystkie składniki łączymy na patelni, smakujemy i ewentualnie dodajemy jeszcze nieco przypraw: soli, pieprzu, ziół. 
  3. Makaron gotujemy według wskazówek na opakowaniu, pestki dyni prażymy na suchej patelni.
  4. Natkę pietruszki bardzo drobno siekamy, łączymy z trzema łyżkami oliwy i dwiema łyżkami wody, dodajemy 3 ząbki czosnku przeciśnięte przez praskę i szczyptę soli. 
  5. Zaraz po ugotowaniu, makaron łączymy z oliwą czosnkowo-pietruszkową, na wierzch wykładamy warzywną mieszankę i posypujemy prażonymi pestkami dyni. Całość możemy wykończyć migdałowym parmezanem. :)
  6. Smacznego!





Czytaj Więcej »

piątek, 23 października 2015

Rozpustna kanapka z piwnym tempehem i czerwoną kapustą


"To smakuje jak mielone mojej mamy!" - to magiczne zdanie padło z ust zagorzałego (już nie do końca:)) mięsożercy, gdy podałam mu jego pierwszy w życiu tempeh, właśnie w postaci tej kanapki. To odważna rekomendacja, ale tym wpisem chcę ją z cąłą odpowiedzialnością potwierdzić. Na początku swojej drogi z weganizmem bardzo rzadko na mojej drodze stawał ten magiczny produkt, z jednego, ważnego szczególnie dla studentki, względu - ceny. W sklepach "ze zdrową żywnością" tempeh potrafi kosztować nawet 16zł za opakowanie, co skutecznie zniechęcało mnie do zakupu, zawsze wybierałam tofu. Jednak to egzotyczne słowo wciąż wybrzmiewało mi w uszach, a Michał z poznańskiej Mixtury tylko zaostrzał apetyt swoimi opowieściami o ich hitowym burgerze, o wdzięcznej nazwie "Tempack". No więc zawalczyłam o najedzony brzuszek i oszczędność w portfelu - polowałam na promocje, zniżki i dni darmowych wysyłek w sklepach internetowych. I tą drogą, od święta (dosłownie!:)), na nasz stół wlatuje pyszny, aromatyczny tempeh.

Co to właściwie jest?

Tempeh powstaje w procesie fermentacji ziaren soi. W sklepach kupicie go w formie kostki podobnej do sztuki mięsa (naturalna, smażona lub wędzona). Słynie nie tylko z wyjątkowego jak na produkty sojowe, lekko orzechowego smaku i mocno zwartej konsystencji, ale również, czy przede wszystkim - z wartości odżywczych. Bogaty w białko, witaminy i minerały, a przy tym pozbawiony tłuszczów nasyconych, glutenu i sodu.

Co z nim zrobić?

Na przykład burgery, kotleciki mielone, pieczeń, orientalne warzywa ze smażonym temehem, Przykład tego, jak skutecznie zaopiekować się tym stworem, podaję poniżej.

Pieczeń z tempehu w piwnej marynacie
(z podanej porcji przygotujecie 3 spore kanapki)

Składniki
  • opakowanie tempehu  (ok. 210g) - u mnie smażony
Na marynatę (przygotowujemy dzień wcześniej):
  • 3 łyżki ciemnego piwa
  • łyżka sosu sojowego (lub więcej, w zależności od upodobań w kwestii solenia)
  • łyżka oleju roślinnego
  • łyżka wody
  • dwie łyżki przecieru pomidorowego typu passata
  • łyżka syropu daktylowego lub innego płynnego słodzika
  • trzy goździki
  • szczypta pieprzu kajeńskiego
  • 2 ząbki czosnku (przeciśnięte przez praskę)
  • świeżo mielony pieprz 
  • pół łyżeczki mielonego imbiru
  • 2 liście laurowe

Dodatkowo do przyrządzenia kanapek:
  • 3 ulubione buły
  • pół małej główki czerwonej kapusty
  • garść rodzynek
  • pół małej papryczki chilii
  • sok z połowy limonki
  • sól
  • ewentualnie chlust octu jabłkowego
  • ogórek kiszony
  • czerwona cebula
  • ulubiony sos (u nas barbecue), świetnie sprawdzi się sojonez
  • inne dodatki, u nas testowo - "vege plastry"
Przygotowanie:
  1. Wszystkie składniki marynaty łączymy, pamiętając, że jeśli używamy tofu smażonego - dodajemy tylko trochę sosu sojowego, a jeśli naturalnego - dodatkowo warto natrzeć tempeh solą. Marynatę przelewamy do małego, zamykanego pudełeczka (rozmiarami najbliższego tempehowi) i zanurzamy w nim całą sojową kostkę. Wkładamy na noc do lodówki. Jeśli marynata nie przykrywa całego tempehu, rano obróćmy go "do góry nogami".
  2. Na drugi dzień: przygotowujemy kapustę - ścieramy na tarce, lub drobno szatkujemy, dodajemy posiekaną papryczkę chilli, szczyptę soli, sparzone wrzątkiem rodzynki, sok z limonki  ewentualnie odrobinę octu jabłkowego. Mieszamy i odstawiamy do lodówki. 
  3. Piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni. Tempeh, razem z całą marynatą (ewentualnie możemy wyłowić goździki i liście laurowe) przekładamy do małego naczynia do zapiekania (u mnie malutka forma do pieczenia pasztetu) i pieczemy przez około 20-25 minut (pierwsze 15 minut pod przykryciem, a kolejne 10 - bez, by wierzch mógł się zarumienić). 
  4. Buły przekrawamy wpół, wkładamy na kilka minut do piekarnika, W międzyczasie kroimy cebulę i ogórka.
  5. Upieczony tempeh ostrożnie wyjmujemy z formy i po chwilowym przestygnięciu kroimy w cieniutkie plasterki. Według dowolnej kolejności w bułkach układamy: ciepłe plastry tempehu, kapustę czerwoną, cebulę, ogórka, ulubiony sos i resztę wymarzonych dodatków. 





Czytaj Więcej »

wtorek, 20 października 2015

Wegański paprykarz - najprostszy



Swą sławę zdobył szczególnie w czasach kryzysu gospodarczego Polski Ludowej. Smaczny, tani, sycący, łatwo dostępny, dziś po prostu kultowy, o czym świadczą chociażby TE koszulki. W 2010 roku oficjalnie stał się polskim produktem tradycyjnym. Jego urok tkwi w prostocie, a cena nieraz ratuje kieszenie studentów. Moją również, dlatego po dłuższym namyśle postanowiłam podzielić się z Wami banalnym przepisem na błyskawiczny paprykarz w wersji wegańskiej. Lubię być z Wami szczera, toteż powiem krótko - od oryginału różni się głównie tym, że nie pachnie... podejrzanie (:)), a cudownie nęci nos, szczególnie gdy przygotowuję go nocą. Właściwie nie zdarzyło mi się robić go za dnia, często kiedy wieczorem zaglądam do lodówki z myślą, co zjem nazajutrz, a w niej pustki - zbiegam na dół do nocnego sklepu po kilka marchewek, pietruchę, koncentrat i robię to smarowidło. Jeśli macie w domu zalegające papryki, możecie z powodzeniem dodać je do listy składników, pamiętając o jak najdrobniejszym posiekaniu warzywa. To jeden z tych prostych przepisów, które kochają nie tylko weganie i którego właściwie nie da się zepsuć, a wiem, że tę informację lubicie najbardziej...:) Smacznego!




Składniki:
  • 2 marchewki
  • 1 mała pietruszka (korzeń)
  • 1 duża cebula
  • 1 mały koncentrat 
  • woreczek ryżu - u mnie czerwony
  • słodka papryka wędzona
  • sól, pieprz
  • pieprz kajeński
  • odrobina syropu z agawy lub innego słodzika
  • imbir w proszku
  • łyżka oleju roślinnego


Przygotowanie:
  1. Marchewkę i pietruszkę obieramy, a następnie ścieramy na tarce o małych oczkach.
  2. Cebulę obieramy i kroimy w drobną kostkę.
  3. Na dużej patelni rozgrzewamy olej, szklimy na nim cebulkę, po czym dorzucamy startą marchewkę i pietruszkę, całość smażymy na małym ogniu kilka minut, po czym dolewamy odrobinę wody i dusimy ok. 10.15 minut. 
  4. W międzyczasie gotujemy ryż. 
  5. Do przesmażonych warzyw dodajemy przyprawy: sól, pieprz zwykły i w zależności od upodobań - mniej lub więcej pieprzu kajeńskiego, pół łyżeczki sproszkowanego imbiru, łyżeczkę wędzonej papryki. Na końcu dodajemy syrop z agawy (około łyżeczkę dla przełamania smaku) oraz koncentrat pomidorowy.
  6. Na patelnię dorzucamy ryż, wszystko bardzo dokładnie mieszamy, smażymy jeszcze kilka minut, ewentualnie dosmaczamy lub dodajemy jeszcze nieco koncentratu.
  7. Podajemy na kanapkach np. w towarzystwie kiszonego ogóra :) 

Czytaj Więcej »

sobota, 17 października 2015

Tylko jelenie* marnują jedzenie! (Triki, które sprawią, że przestaniesz wyrzucać żywność)


1,3 miliarda ton na świecie, 89 milionów ton w Europie, 9 milionów ton w Polsce. Każdego roku, mniej więcej tyle jedzenia bezpowrotnie marnujemy. A sprawa dotyczy nie tylko produktu końcowego, bo wyrzucając np. kilogram ziemniaków, marnujemy 300 litrów wody potrzebnej do ich produkcji. Marnujemy wodę, energię i pracę innych ludzi. Jednocześnie zupełnie nie rozumiejąc cierpienia 870 milionów ludzi, którzy co roku żyją w głodzie, często skrajnym.

Powodów jest wiele: ilość zakupów nie przekłada się na czas jaki poświęcamy na gotowanie, łatwo nabieramy się na promocje, nie jemy, bo nam nie smakuje, wybieramy złe produkty, które szybko się psują.

Wyrzucanie przychodzi łatwiej coraz to młodszym pokoleniom, a chyba coraz trudniej przełknąć ten zatrważający proceder naszym dziadkom i babciom, którzy pamiętają czasy trudnej wojny i głodu, który za sobą niosła. Dziadek Henryk, dla przykładu, nigdy nie zmarnuje ani grama jedzenia. Jeśli owoc jest nadgniły, dokładnie go kroi, wyłuskując te części, które można jeszcze zjeść. Niebezpieczne i niezdrowe - powiedzą specjaliści od zdrowego odżywiania, ale 80-letni dziadek, odkąd jestem na świecie, nie był przeziębiony, właściwie poza bólami kręgosłupa nic mu nie dolega. Od niego nauczyłam się szacunku do jedzenia.




Dzisiejszy wpis inspirowany jest wczorajszym Światowym Dniem Żywności, w którym to, co rusz trafiałam na kolejne infografiki, przecierając oczy ze zdumienia. Zamiast tkwić w przygnębieniu, zakasałam rękawy i przygotowałam dla Was kilka sposobów na to, jak nie wyrzucać jedzenia. Mocno wierzę w to, że przydadzą się choćby jednej osobie, i że wspólnie ocalimy choćby kilogram cennej żywności. Start!

1.Sztuka reprodukowania

  • Zawsze zastanów się dwa razy zanim wyrzucisz jedzenie i pomyśl, czy nie mogłoby przydać się do kolejnego prostego dania? Postępując według tego klucza...
  • ugotowane w bulionie warzywa możesz wykorzystać jako podstawowy składnik warzywnego pasztetu czy dodatek do domowej pasty kanapkowej
  • z "pulpy", która pozostaje po przetarciu sosów i zup (szczególnie tych, które mają w składzie paprykę, pietruszkę, pomidora) możesz przygotować domowy wegański paprykarz. To propozycja dedykowana tylko do tych, którym nie przeszkadzają kawałki skórek od pomidora :) 
  • zaprzyjaźnij się z zupami. Dawno temu myślałam, że istnieje kilka przepisów na zupy, których trzeba się ściśle trzymać, dziś często wrzucam do nich wszystko, co pozostało w lodówce: siekam warzywa, podsmażam je z cebulką, zalewam bulionem, dodaję fasolę/soczewicę/brązowy ryż, duuużo aromatycznych przypraw - syty, zdrowy i smaczny posiłek gotowy
  • makarony i ryże jako nadwyżki po niedojedzonych obiadach wykorzystaj jako składnik sałatki na kolację lub drugie śniadanie do pracy/szkoły dnia kolejnego 
  • chleb, który powoli robi się czerstwy, możesz śmiało zużyć jako składnik puddingów i zapiekanek chlebowych (bez liku przepisów w Internecie) lub klasycznie, przerobić na bułkę tartą 
  • zamrażaj! kotleciki, zioła, warzywa, owoce, zupy, pieczywo, ciasta - mimo, że jednego dnia wydają się zbędne, nie znasz dnia ani godziny, kiedy uratują Ci życie! :) 
  • wszelkie zapiekanki - makaronowe, warzywne, chlebowe są doskonałym sposobem na zużycie zalegających produktów 
  • nadwyżki owoców lub warzyw? warto zaopatrzyć się w słoiczki i przygotować konfitury, dżemy, pikle, marynowane warzywa - cukier i ocet pozwolą im przetrwać kolejne miesiące i lata. 
  • Czarne plamki na bananach mnożą się w błyskawicznym tempie, a Ty nie nadążasz z jedzeniem? Pokrój je w drobne kawałeczki, włóż na noc do zamrażarki, rano odstaw na kilka minut, a następnie zmiksuj na wysokich obrotach - otrzymasz pyszne, kremowe lody. Doskonałe w towarzystwie owoców i bakalii


2. Sztuka planowania

  • stara, ale srawdzona zasada - na duże zakupy wybieraj się tylko zaraz po sytym posiłku :) Oszczędność gwarantowana!
  • Zawsze sporządzaj listę zakupów, jeśli zapominasz o karteczkach, zaprzyjaźnij się np. z  aplikacją 
  • żeby zakupy były szybsze i przyjemniejsze, sporządzaj listę według konkretnych działów
  • w ramach oszczędności i ochrony środowiska, zawsze zabieraj ze sobą własną, dużą torbę na zakupy

3. Sztuka dzielenia

  • Dziel się, by sprawić radość sobie i innym - to proste:
  • Umów się ze znajomymi z pracy/studiów/szkoły, że naprzemiennie będziecie szykować dla siebie kanapki/inne drugie śniadanie. Jeśli w Twojej lodówce zalega pokaźna ilość pysznej pasty fasolowej lub roślinnej nutelli - gwarantuję, że przyjaciele zjedzą taką kanapkę z ogromnym uśmiechem na twarzy, dzielenie się jest faajne!
  • sprawdź, czy w Twojej klatce/w bloku/na osiedlu nie ma potrzebującej rodziny, w takiej sytuacji wszelkie dodatkowe porcje obiadów/owoców/warzyw, produkty, którym powoli kończy się data ważności - możesz zanosić po drodze na przstanek, mając pewność, że komuś innemu na pewno przyda się Twoja pomoc
  • Jeśli pieczesz pyszne ciasta, pasztety warzywne i inne cuda - być może w Twoim towarzystwie jest ktoś, kto nie ma czasu na gotowanie, ale chętnie odkupiłby kilka porcji, choćby za kwotę, którą przeznaczyłe/aś na zakup produktów?
  • Jedzenie, którego na pewno nie spożytkujesz, szczelnie zamknij w pojemniku, podpisz hasłem typu: "Nadaje się do zjedzenia", "Poczęstuj się proszę", "Ziemniaki, kalafior, chleb - nie zdążę zużyć, jeśli potrzebujesz, poczęstuj się", Tutaj cały artykuł na ten temat - KLIK 

4. Sztuka przymrużania oka

  • z przymrużeniem oka traktuj daty ważności na opakowaniach - są mocno orientacyjne i często warto ufać własnemu zmysłowi (szczególnie wzroku i węchu:)) - produkty teoretycznie przeterminowane, doskonale smakują czasami kilka tygodni po terminie
  • druga sytuacja w której powinniśmy mocno mrużyć oczy to... promocje. Nawet jeśli cena wydaje się niemożliwie niska, zastanów się kilka razy, zanim dasz się skusić. Szczególnie jeśli przecenione produkty nie mają długiej daty ważności


5. Sztuka chomikowania 


  • Na własnym przykładzie wiele razy przekonałam się, że ZAWSZE warto mieć w domu szereg podstawowych produktów, z których można stworzyć prawdziwe cuda. U mnie są to:
  • ryże, kasze, makarony
  • rośliny strączkowe, orzechy, płatki owsiane
  • masło orzechowe, wegański parmezan z nerkowców i płatków drożdżowych 
  • sos sojowy, krojone pomidory w puszce
  • zestaw przypraw: sól jodowana, pieprz kajeński i ziołowy, tandoori masala, kumin, czosnek, cynamon, imbir 

Jeśli znasz inne sposoby, które pozwolą ograniczyć wyrzucanie żywności, podziel się nimi w komentarzu!



*tytuł, nawiązując do schematów myślowych i językowych, naturalnie nie obraża cudownych, mądrych zwierząt, jakimi są jelenie (które z pewnością jedzenia nie marnują).
:)



Czytaj Więcej »

poniedziałek, 12 października 2015

Kopytka dyniowe z ziołami i wegańskim parmezanem


Nawet nie pamiętam kiedy ostatnio jadłam klasyczne, domowe kopytka, ale z pewnością były to kluseczki autorstwa ukochanej babci Marii. To jedno z tych dań, które pamięta się do końca życia. Idealne w swojej prostocie, powstające z miłością w dłoniach ukochanych babć, podane zazwyczaj z... tartą bułeczką - skradały serce moje i mojego brata.
Kolejny dowód na to, że istnieją w naszym mózgu jakieś magiczne sensory, które zapisując smaki, zapachy i emocje, wiele lat później potrafią powrócić do danej chwili. Na przykład takiej, gdy siedzę na zbyt wysokim taborecie, ledwo sięgając do obrusu w kratę, w radiu słysząc kolejną część "Lata z radiem", zajadając się błyszczącymi kluskami. Ot, podróż w czasie za rękę z babcią Mysią, której teoretycznie już ze mną nie ma. Za to uwielbiam kuchnię, chyba właśnie po to siedzę w niej godzinami - by odtwarzać minione i tworzyć nowe, wyjątkowe chwile.

Dzisiejszy przepis to kopytka w nieco odświeżonym wydaniu, z tego, co akurat miałam w domu - dyni (do której zawsze pięknie pozuje kot mojego brata), ziół, które nadają smaku i barw oraz wegańskiego parmezanu, o którym już Wam wspominałam. Każdy, kto go spróbuje, zgodnie twierdzi, że to jeden z tych składników, które trzeba mieć pod ręką zawsze... :)

Do dzieła!   





Składniki na ok. 50 małych kopytek:
jako że możemy otrzymać puree o różnej konsystencji i trochę mniejszej/większej objętości, 
śmiało modyfikujcie ilość mąki (i dosypujcie stopniowo!) tak, by otrzymać elastyczne ciasto
  • puree z małej dyni (u mnie 1,3 kg) - z tego przepisu 
  • chlust mleka - u mnie sojowe
  • ok. 1,5 szklanki mąki pszennej, np. orkiszowej
  • ok. 0,5 szklanki mąki ziemniaczanej
  • sporo mąki do podsypywania
  • sól
  • biały pieprz
  • spora szczypta gałki muszkatołowej 
  • ewentualnie szczypta słodkiej papryki i innych ulubionych przypraw
  • drobno posiekane zioła - u mnie bazylia i szałwia
  • + do podania: oliwa, czosnek, wegański parmezan, np. z tego przepisu 
Przygotowanie:
  1. Do ostudzonego puree dodaj mleko i wszystkie przyprawy (dość sporo soli i pieprzu, by mąka nie zabiła smaku:)), całość wymieszaj łyżką. 
  2. Stopniowo przesiewaj mąkę, by następnie dokładnie zagnieść ciasto dłonią. Mąki powinno być tyle, by ciasto stało się elastyczne i odpowiednie do formowania kluseczek. Tak przygotowane ciasto odstawiamy do lodówki na ok. pół godziny. 
  3. W międzyczasie myjemy, suszymy i bardzo dokładnie siekamy zioła, rozsypujemy je na na dużej desce do krojenia; w duużym garnku gotujemy wodę z odrobiną soli i oleju roślinnego.
  4. Ciasto dzielimy na kilka mniejszych części, tworzymy z niego wałeczki i tak uformowane obtaczamy na deseczce z ziołami. Nożykiem lub widelcem wykrawamy delikatne wgłębienia/rowki, gotujemy porcjami (po kilkanaście sztuk) około 5 minut od chwili wypłynięcia na wierzch. Pamiętajcie, by chwilę po wrzuceniu do garnka, delikatnie wymieszać kluski drewnianą łyżką, tak by żadna nie przykleiła się do dna.
  5. Na dużej patelni rozgrzewamy oliwę, podsmażamy na niej czosnek, ewentualnie szczyptę soli. Taką czosnkową oliwą polewamy nasze kopytka, a całość posypujemy parmezanem. 


Smacznego! 

Czytaj Więcej »

poniedziałek, 5 października 2015

Tofurnik mocno orzechowy z daktylowym karmelem (na zimno)

Bezsernik, tofurnik, bezwstydnik... jak wolicie. Nazwą potrafi rozbawić, smakiem zyskuje jednak szacunek każdego degustatora. Niby sernik, ale mniej tłusty i mniej kaloryczny. W pełni roślinny, cudownie kremowy i idealnie słodki. W dzisiejszej wersji to ciasto urodzinowe-niespodzianka dla mamy. Z dołu i z góry wykończony mocnym orzechowym aromatem, w środku delikatny. Ach, gdybyście widzieli minę dziadka, który pierwszy raz spróbował "sernika" bez sera, mleka i jajek. Takie doznania smakowe i dietetyczne serwuje chyba tylko dieta roślinna. Znowu zaskakuje, znowu smakuje, znowu udowadnia, że nie może nudzić. A słony karmel z daktyli - bajka!
Pamiętajcie, by nigdy nie pomijać soku z cytryny - to on neutralizuje nieco specyficzny smak tofu i z dodatkiem cukru sprawia, że tofurnik zaczyna rządzić światem... :)






Składniki na formę max. 18 cm 

Spód:
  • ok. 100g ciasteczek - np. typu herbatniki (można kupić bezglutenowe) 
  • dwie czubate łyżki masła orzechowego 
  • 8 daktyli namoczonych we wrzątku przez minimum 5 minut
Masa serowa:
  • 3 kostki tofu naturalnego (180g każda)
  • laska wanilii lub aromat waniliowy
  • sok z połowy cytryny
  • syrop z agawy, cukier puder (ok/3/4 szklanki) lub inny słodzik
  • łyżka kakao
  • puszka mleczka kokosowego schłodzonego w lodówce przez minimum dobę
  • 2,5 łyżeczki agaru (do kupienia w sklepach ze zdrową żywnością, w niektórych marketach lub w sklepach internetowych)
Polewa karmelowa:
  • ok. 30 daktyli
  • czubata łyżka masła orzechowego 
  • 2 łyżki mleka - u mnie sojowe
  • spora szczyta soli
+ prażone fistaszki, starta czekolada


Przygotowanie:
  • Spód: Do kielicha blendera wysokoobrotowego (u mnie Thermomix) wrzucamy ciasteczka, mielimy je na "mąkę", a następnie dodajemy masło orzechowe i namoczone wcześniej daktyle. Wszystko miksujemy jeszcze ok. 1 minutę na wysokich obrotach, by uzyskać odpowiednią konsystencję. U mnie sprawia ona początkowo wrażenie sypkiej, ale kiedy biorę trochę między palce - zaczyna się odpowiednio kleić i idealnie nadaje się do przygotowania spodu. 
  • Formę o średnicy do 18cm wykładamy papierem do pieczenia (sam spód), wysypujemy naszą ciasteczkową masę i dokładnie dociskamy ją do dna. Formę z przygotowanym spodem natychmiast przekładamy do zamrażarki na ok. pół godziny. 

  • Masa serowa: Otwieramy schłodzone mleczko kokosowe i delikatnie oddzielamy stałą, gęstą część od wody kokosowej. Gęsty krem kokokosowy przekładamy do rondelka o grubym dnie, stawiamy go na średnim ogniu, dosypujemy agar i podgrzewamy, dokładnie mieszając drewnianą łyżką. Dodajemy nasiona wydrążone z laski wanilii. Kiedy mleczko zaczyna bulgotać odliczamy mniej więcej pół minuty i zdejmujemy z ognia. 
  • Ponownie używamy blendera wysokoobrotowego: wrzucamy do jego kielicha podgrzane mleczko, pokruszone i odsączone tofu, sok z cytryny (sporo - to absolutny punkt kulminacyjny bezsernika!:)) Miksujemy na gładką serową mase, próbujemy i ewentualnie dosmaczamy. Przed przełożeniem masy do formy, dodaję jeszcze łyżkę kakao, niedbale mieszając, by w środku uzyskać co jakiś czas kakaowe "cienie". Masę przekładamy łyżką na wcześniej przygotowany spód, dokładnie wyrównujemy i przekładamy do lodówki na kika godzin.

  • Wierzch, polewa: Dakyle zalewamy wrzątkiem i namaczamy przez około 30 minut. Po tym czasie znowu uruchamiamy niezastąpiony blender - wrzucamy wszystkie składniki (daktyle, masło orzechowe, mleko, sól) i wszystko długo i dokładnie miksujemy, cyklicznie zeskrobując masę ze ścianek - aż do uzyskania konsystencji przypominającej gęsty słodki sos. Jeśli chcecie by był rzadszy, dodajcie jeszcze odrobinę mleka.
  • Tak przygotowanym karmelem daktylowym smarujemy wierzch ściętego sernika. Fistaszki prażymy na suchej patelni, posypujemy nimi wierzch ciacha. Górę możemy jeszcze wykończyć startą gorzką czekoladą.
  • Smacznego!
Czytaj Więcej »

piątek, 2 października 2015

Błyskawiczne rozgrzewające curry z kalafiorem i batatami



Idealne, aromatyczne, szybkie w przygotowaniu i sycące. Jednogarnkowe curry jest jedną z moich ulubionych pozycji obiadowych, jeśli w zapasie mam składniki, które praktycznie się nie psują -puszki pomidorów i mleczka kokosowego (a warto mieć je zawsze:)) i zestaw orientalnych przypraw. Wtedy wystarczy wciągnąć trampki i wejść do warzywniaka po ulubione warzywa - cukinię, ziemniaki, kalafiora, fasolkę szparagową - co Wam się tylko wymarzy. Przygotowanie całego dania, przy dobrej organizacji zajmie około 35 minut, a uśmiechy podczas jedzenia - gwarantowane. Najistotniejsze w takim błyskawicznym curry jest to, byście wyjątkowo nie przywiązywali wagi do przygotowania idealnej pasty curry, ale jednocześnie nie rezygnowali z moździerza. Będzie to prostsze, jeśli podobnie jak ja zawsze macie pod ręką świeży czosnek, imbir (jesienią przyda się szczególnie i na każdym kroku!), nasiona kolendry i kminu - nawet taki zestaw wystarczy, Jeśli nie macie świeżej papryczki chilli, dodajcie suszoną, jeśli nie macie mleczka kokosowego - pozostańcie przy samych pomidorach. Możecie również zrezygnować z podania ryżu - mieszanka ziemniaka, kalafiora i fistaszków jest sycąca sama w sobie. Na zdrrówko!

Składniki na 4 porcje:
  • 1 kalafior
  • 1 duży batat
  • dwie cebule
  • puszka pomidorów
  • puszka mleczka kokosowego
  • nasiona kolendry (ok. pół łyżeczki)
  • dwa ząbki czosnku
  • ewentualnie kawałek trawy cytrynowej
  • olej roślinny
  • mały kawałek papryczki chilli razem z pestkami (u mnie wielkość ok. pół kciuka)
  • kawałek świeżego imbiru
  • pół łyżeczki nasion kminu rzymskiego
  • szczypta cynamonu i kurkumy
  • sól
  • garść prażonych orzeszków ziemnych
  • ryż - u mnie basmati 
Przygotowanie:
  1. Kalafior dokładnie myjemy, oczyszczamy, dzielimy na małe różyczki. Batata podgotowujemy (ok. 15 minut) w osolonej wodzie.
  2. Na głębokiej patelni rozgrzewamy olej, wrzucamy pokrojone w piórka cebule oraz różyczki kalafiora, całość podsmażamy do zrumienienia. 
  3. W międzyczasie w moździerzu ucieramy przyprawy do pasty curry - takie jakie obecnie mamy w domu, korzystając z tego przepisu - KLIK. U mnie tym razem: kawałek posiekanej trawy cytrynowej i imbiru, czosnek, kolendra, chilli, kmin i sól.
  4. Do podsmażonych warzyw dodajemy wykonaną pastę, smażymy jeszcze przez kilka minut, po czym dorzucamy pomidory z puszki razem z całą zalewą, dusimy całość na małym ogniu przez ok. 10 minut. 
  5. Po tym czasie doprawiamy całość sporą szczyptą cynamonu i kurkumy, solą i ewentualnie pieprzem. Dodajemy mleczko kokosowe, mieszamy i doprowadzamy do zagotowania sosu.
  6. Podgotowanego wcześniej batata kroimy w kostkę i dorzucamy na patelnię, całość jeszcze raz dokładnie mieszamy, próbujemy, ewentualnie dosmaczamy i dusimy jeszcze ok. 5/8 minut na średnim ogniu.
  7. Podajemy z ryżem ugotowanym na sypko, na końcu posypujemy prażonymi fistaszkami. 
Smacznego!


Czytaj Więcej »