Menu

Image Map

środa, 30 września 2015

Lekkie we wrześniu



Wspominałam już, że uwielbiam te comiesięczne podsumowania? Serducho podpowiada mi (a właściwie Wam), że nawet niekoniecznie mając mnóstwo zdjęć w głębi smartfonów i aparatów fotograficznych, warto usiąść co miesiąc, choćby na pół godziny i podziękować za wszystko, co dobre i piękne w danym okresie. U mnie już po posiedzeniu, herbata imbirowa wypita, warzywny pasztecik dziadka Henryka zjedzony, a w trakcie wyklarowała się całkiem pokaźna lista dobroci...

Wrześniu, dziękuję za:


  • najsłodsze, najbardziej purpurowe śliwki i najlepszą mamę, która zawsze pomoże je obierać
  • olśnienie i przepis na trufle chałwowe dla taty
  • za każde przytulenie do kochającego kundelka
  • zapach pieczonej dyni
  • bajecznie kolorowe wrzosy na balkonie
  • za to, że tata znalazł magiczne miejsce niedaleko naszego domku na wsi, w którym zawsze znajdujemy masę przepysznych grzybów i do którego inni grzybiarze zajść nie mogą :) 
  • za jesienne powidła i leczo z ogniska
  • za to, że udało mi się porozmawiać z inspirującym Kubą Sawickim, a efekt rozmowy pojawił się w najnowszym numerze SlowlyVeggie!
  • za udane praktyki (tak, chwilowo jestem nauczycielką!) 
  • za faszerowane bakłażany i cukinie, pikantny hummus z granatem, gołąbki z kurkami i zupę z pieczonych pomidorów...
  • za to, że wreszcie wróciły mi siły, by powrócić do jogi 
  • za mruczenie i ciepło kota w coraz zimniejsze poranki
  • za udane pokazy kuchni wegańskiej podczas I Festiwalu "O Kuchnia!"
  • za każdy spacer po lesie i masę innych dobrych wrześniowych chwil
  • za to, że wreszcie się kończysz i będę mogła uściskać wszystkich z Trójmiasta, za którymi baardzo tęsknię.
I oby rok akademicki był łaskawy!














Czytaj Więcej »

wtorek, 29 września 2015

Jak pachnie szczęście? (wrześniowe powidła z ogniska)

Od najmłodszych lat każą nam się zastanawiać czym jest szczęście. Szczęście na kolażach, szczęście wymalowane farbami, w końcu rozprawki i eseje o szczęściu. A prawdziwie szczęśliwi jesteśmy chyba wtedy, gdy kolorowe dziecinne impresje definiują to patetyczne hasło, jeszcze długie lata po ukończeniu przedszkola i podstawówki. Jeśli nadal potrafimy powiedzieć, że szczęście jest wtedy, gdy "robimy coś razem", "jedziemy z tatą na grzyby", "wyjadamy kruszonkę", czy "wyprowadzamy Brutusa na spacer". Kiedy uśmiechamy się na myśl o prostych czynnościach w dobrym towarzystwie, o ulubionych zapachach, najbardziej magicznych zdaniach z trzykrotnie przeczytanych książek. To szczęście nie smakowałoby pewnie tak dobrze, gdybyśmy często mieli okazję się nad nim zastanawiać. A to przychodzi niespodziewanie, jak u mnie, w miniony weekend. Długi spacer po lesie, Wigo na smyczy, w dłoni koszyk z grzybami. Po niecałej godzinie łapie mnie ostry ból w biodrach, muszę na chwilę przysiąść. Nie mam na czym, ale z jakąś nieopisaną radością rozkładam się na wilgotnej trawie wymieszanej z igliwiem, biorę głęboki oddech i... wreszcie jestem. Uśmiecham się do ptaków, do każdego promyka, który bezwstydnie wciska się pomiędzy gęsto przytulone świerki. Po raz pierwszy od dawna nie złoszczę się na to, że boli, a cieszę się, że gdyby nie to, nie siedziałabym na środku leśnej ścieżki, po kolei obwąchując wszystkie grzyby ukryte w wiklinowym koszu. Jeszcze bardziej nie mogę się doczekać smażenia powideł, bo po to przyjechałam. Bo przecież powidła z (domowego) ogniska pachną najprawdziwszym szczęściem. Ich przygotowywanie jest jednym z najwspanialszych rytuałów rodzinnych, bo podczas wielu godzin smażenia można opowiedzieć sobie wszystkie zaległe historie. Obieranie węgierek nie jest straszne, gdy do pracy wiele rąk, a później już tylko mieszanie, mieszanie, mieszanie. Na zmianę, na warty, ale zawsze z taką samą czujnością, by nie przypalić śliwek. Słodki zapach owoców miesza się z dymem bukowym, a my ze szczęściem na twarzach i kubkiem gorącej herbaty w dłoni, pilnujemy kociołka. Jest pięknie.


Składniki:

  • śliwki węgierki - u nas 10-12 kg (ok. 30 małych słoiczków)
  • ewentualnie - maksymalnie 1 szklanka cukru trzcinowego
  • ewentualnie - kora cynamonu
Uwagi i przygotowanie:
  1. Oczywiście najważniejsze jest posiadanie "kociołka węgierskiego", ale nie jest to tak duży wydatek, jak mogłoby się wydawać. Ten ze zdjęcia, którego używamy od co najmniej pięciu lat kosztuje obecnie ok. 100zł. 
  2. Do tego potrzebujemy również trójnóg nad ognisko lub pomysłowego faceta, który wymyśli inny sposób podwieszenia. :)
  3. Zazwyczaj przygotowujemy powidła wyłącznie ze śliwek, ale zdarza się, że dodajemy odrobinę cukru (w zależności od słodyczy śliwek) i korę cynamonu. 
  4. Przyrządzenie: Śliwki przekrawamy wpół, pozbawiamy pestek i wrzucamy partiami do kociołka. Smażymy na małym ogniu - około 5/6 godzin pierwszego dnia i około 2 godziny dnia następnego. Jeśli chcemy wrzucić korę cynamonu i cukier, zróbmy to dopiero drugiego dnia. 
  5. Jeszcze gorące powidła przekładamy do czystych, wyparzonych słoiczków i bardzo mocno zakręcamy. Ustawiamy do góry nogami, przykrywamy ściereczką na kilka godzin.   













Czytaj Więcej »

sobota, 26 września 2015

Pierogi orkiszowe z leśnymi grzybami i suszoną śliwką


W tym miejscu powinna pojawić się oda do grzybów, ale właśnie wyruszam na wielkie smażenie powideł! Powiem krótko: jeśli macie skarby z grzybobrania i zastanawiacie się co z nimi zrobić, przestańcie się zastanawiać :) Mój szlachetny plan był taki, że zrobię podwójną porcję i zamrożę na Wigilię, ale dziś... z 80 pierogów zostało 15 i nie ma czego mrozić. Domownicy chodzą na palcach przy lodówce, a ja udaję, że nie słyszę...:) Pierogi są cudownie aromatyczne, pachną lasem, a ich specyficzny smak przełamuje słodka śliwka. Mąka orkiszowa sprawi, że będą nieco bardziej łaskawe dla naszych boczków, a smak pozostaje doskonały. Obywatele, do lepienia, start!

Składniki na ok. 40 pierogów:

Ciasto:
  • 350g mąki pszennej orkiszowej
  • szklanka (250ml) wrzącej wody
  • pół łyżeczki soli
  • łyżka oleju rzepakowego 
Farsz:
  • średnia miska pełna leśnych grzybów - u mnie świeżo zebrane (te ze zdjęcia), niestety nie zważyłam, ale na 40 porcji zużyłam mniej więcej połowę grzybów widocznych w koszyczku, możecie śmiało użyć grzybów suszonych, wcześniej sparzonych wrzątkiem i namoczonych przez kilka godzin
  • 2 cebule 
  • 2 liście laurowe
  • kilka goździków
  • garść suszonych śliwek
  • sól, pieprz
  • dwa ząbki czosnku
  • margaryna roślinna dobrej jakości/olej roślinny
  • ja do takich pierogów zawsze dodaję trochę ekologicznej przyprawy do... bigosu:) W składzie:  pieprz, papryka ostra, kolendra, gorczyca biała, ziele angielskie, jałowiec, liść laurowy, warzywa
Przygotowanie:
  1. Ciasto przygotowujemy według tego przepisu, pomijając szpinak - KLIK
  2. Farsz: Grzyby dokładnie czyścimy i kroimy w jak najdrobniejszą kostkę, cebulę obieramy i siekamy, śliwkę również kroimy bardzo drobno.
  3. Na głębokiej patelni rozgrzewamy dwie łyżki margaryny lub oleju roślinnego. Wrzucamy na nią posiekaną cebulkę, śliwki, goździki i dwa liście laurowe. Podsmażamy na średnim ogniu. Po tym czasie wyjmujemy goździki, a na patelnię dorzucamy posiekane grzyby. 
  4. Całość bardzo dokładnie mieszamy i podsmażamy ok. 15 minut na średnim ogniu, często mieszając. 
  5. Na tym etapie możemy wyłowić liście laurowe i doprawić grzyby. Dodajemy sól, pieprz i mieszankę o której pisałam lub inne ulubione zioła.
  6. Dodajemy wyciśnięty czosnek, mieszamy i smażymy jeszcze przez minimum 10 minut - grzyby powinno się smażyć dość długo, są wtedy lżejsze dla naszych żołądków. 
  7. Próbujemy, ewentualnie dosmaczamy farsz, a gdy stwierdzimy, że smakuje perfekcyjnie - odstawiamy do ostygnięcia. 
  8. Gotowe ciasto dzielimy na dwie części, rozwałkowujemy na oprószonym mąką blacie na grubość ok. 2mm. Używając szklanki wykrawamy okrągłe kształty, na środek każdego kółeczka wykładamy odrobinę farszu, sklejamy pierożki. 
  9. Pierogi wrzucamy partiami do sporego garna z wrzącą i osoloną wodą z dodatkiem łyżki oleju. Gotujemy ok. 2 minuty od wypłynięcia na wierzch. 
  10. Smacznego!








Czytaj Więcej »

poniedziałek, 21 września 2015

Chałwa udomowiona, czyli błyskawiczne trufle sezamowe


To trufle w pełni dedykowane mojemu tacie. Chałwa jest jedną z jego największych miłości, a jedną z miłości jego córki jest... czytanie etykiet. I tak, za każdym razem, kiedy wczytywałam się w skład chałwy, którą tata kupował w spożywczaku, przecierałam oczy ze zdumienia i za punkt honoru obrałam przygotowanie domowego, zdrowszego zamiennika. Okazuje się, że to jeden z najszybszych deserów, jakie można sobie wyobrazić, a do jego wykonania potrzebne są zaledwie... 4 składniki.

Wykonanie trufli chałwowych pokazywałam podczas festiwalu kulinarnego "O Kuchnia!", a widzowie a własne oczy przekonali się, że to dziecinnie proste. Dosłownie dziecinne, bo do pomocy zatrudniłam kilkuletnich pomocników. A więc, do dzieła! Poza miską i łyżką będziecie potrzebowali...

Składniki na około 15 małych trufli:
  • 100 g nerkowców dokładnie zmielonych + 2 łyżki słonecznika - ziarna zmielone razem z nerkowcami
  • dwie łyżki pasty sezamowej (tahini)
  • 3 łyżki syropu z agawy lub innego płynnego słodzika 
  • 1 czubata łyżka prażonego sezamu do masy truflowej + ok. 5 łyżek prażonego sezamu do obtoczenia trufli 
 Przygotowanie: 
  1. Do miski wsypujemy zmielone nerkowce i słonecznik, tahinę, łyżkę prażonego sezamu i syrop z agawy lub inny słodzik. 
  2. Całość bardzo dokładnie i energicznie mieszamy łyżką stołową, by składniki się połączyły, a słodycz syropu dotarła wszędzie. :) Jeśli masa jest zbyt gęsta, dodajemy jeszcze nieco tahiny lub słodzika - w zależności od upodobań. Jeśli jest zbyt rzadka, możemy dosypać jeszcze nieco orzechów lub ziaren sezamu.
  3. Z tak przygotowanej masy formujemy okrągłe trufle i obtczamy je w prażonym sezamie.
  4. Przed podaniem tufle chłodzimy w lodówce przez minimum 3 godziny.
Smacznego!







Czytaj Więcej »

niedziela, 20 września 2015

Roślinnie i bezglutenowo na O Kuchnia! Festiwalu - fotorelacja


Miksowanie, przyprawianie, ozdabianie i dłuugie rozmowy - tak w skrócie wyglądała nasza sobota. W ramach pierwszego festiwalu kulinarnego "O Kuchnia!", wspólnie z Olą z przegryzam.pl (ten duet staje się powoli klasyczny) prowadziłyśmy pokazy przyrządzania wegańskich i bezglutenowych past do chleba i słodyczy. Pokazy szybko przeobraziły się w małe warsztaty, publika dopisała (to mało powiedziane:)), a miksowali z nami widzowie w wieku od 2 do... 80 lat? Prawdziwie zachwyciła mnie kulinarna otwartość, zwłaszcza starszych ludzi, którzy z błyskiem w oku reagowali na wegańskie smaki. Kolejny raz gotowanie stało się pretekstem do nawiązania nowych znajomości, wymiany doświadczeń, uśmiechów i wszelkich dóbr niematerialnych. A ja kolejny raz przekonałam się, że nic tak nie motywuje do dalszego blogowania jak bezpośrednie spotkanie z człowiekiem, a nie z numerem IP. Zanim oddam w Wasze ręce fotorelację, chciałabym z całego serducha pozdrowić naszych małych pomocników Ninę i Piotrka - kręcenie trufli było naprawdę profesjonalne. Do zobaczenia! 

Podczas dwóch bloków warsztatów przygotowałyśmy:

1. Słodko-ostrą pastę fasolową z tego przepisu  - KLIK
2. Pastę słonecznikową a'la rybną 
3. Pastę groszkowo-kukurydzianą 
4. Nutellę roślinną z tego przepisu - KLIK
5. Trufle chałwowe - na blogu pojawią się jutro wieczorem
6. Pudding jaglany - lekka modyfikacja tego przepisu - KLIK
















Czytaj Więcej »

środa, 16 września 2015

Lekko nie będzie, czyli #StopMowieNienawiści

To jest w nas od zawsze, wyłazi spod skóry jak najgorsza zaraza. Zmienia się tylko to, że coraz więcej osób mówi o tym głośno i przestaje drżeć przed tymi, którzy mowę nienawiści szerzą. By zachować przejrzystość myśli i ustrzec się przed komentarzami typu "to już nie mogę napisać, że nie chcę uchodźców, bo to dyskryminacja?" - możesz wszystko, jeśli potrafisz myśleć, mówić i pisać mądrze. Jeśli masz argumenty, jeśli potrafisz odciąć się od uogólnień i wrzucania wszystkich do jednego worka. Bo chyba nie wszystkie "Polaki" to cebulaki, chyba nie wszyscy Polacy na emigracji kopią pod sobą dołki i kradną rowery w Holandii, chyba nie wszyscy robią obciach w egipskich ośrodkach wczasowych?
Można krzywdzić na różne sposoby, ale uogólnianie to jeden z najgorszych. Bo nikt z nas nie chciałby z automatu stać się, w zależności od tematyki dyskusji w Internecie, brudasem, fanatykiem, dewotem, gwałcicielem czy dziwką.

Mowę nienawiści pamiętam od czasów przedszkolnych, tyle że nikt nigdy tego nie nazywał. "Przezywanie się" było od zawsze, z tą tylko różnicą, że częściej prosto w oczy. Nie od dziś wiadomo, że dzieciaki potrafią być najbardziej okrutne, toteż w mojej pamięci wryło się, że bywałam "wstrętną brzydulą", bo miałam za wysokie czoło, a bliska mi osoba miała "zdychać, bo jest spasła". Dzieci potrafiły nienawidzić na tyle, by znienawidzonemu ukraść ukochane zwierzę i znęcać się nad nim fundując niewyobrażalne cierpienia. Wtedy, mając jakieś 8 lat, pierwszy raz powiedziałam mamie, że zwierzęta są lepsze od ludzi i chyba bardziej je rozumiem.
Długo się nie przejmowałam, bo zahartował mnie sport. Gorzej z osobą z kilku linijek wyżej, która do dziś ma problemy z zaufaniem do innych.

Później było gimnazjum. Nikt już nie odważył się mnie przezywać, bo wyładniałam i dobrze grałam w siatkówkę. Nie miałam się czym przejmować, arkadia. Ale wciąż słyszałam, widziałam i czułam nienawiść w powietrzu. Była na przykład Dorota. Tłuste włosy, niepopularna, zawsze ubrana nie tak jak chciałyby to widzieć inne dziewczyny i chłopcy, okularnica, dziwoląg. Na tyle, że rzucano w nią butelkami, zamykano w toalecie i opluwano. Nauczyciele niby widzieli, niby reagowali. Ja zareagowałam raz, podałam rękę i próbowałam zapytać czy mogę jakoś pomóc. "Odczep się, chcesz mi jeszcze bardziej dopieprzyć, tak cię to bawi?" - usłyszałam, mimo że nigdy nie zrobiłam jej nic złego. Byłam młoda i głupia, więc obraziłam się, że ktoś tak ostro odrzuca moje czyste intencje. Dziś wiem, że była zaszczuta i miała prawo źle mnie ocenić, bo mowa nienawiści była jedyną, jaką znała. Kilka lat po ukończeniu gimnazjum Dorota popełniła samobójstwo.

Nienawiść w nas wrasta. Nienawidzą się sąsiedzi, koleżanki z klasy, politycy, konkurencyjne media, kluby piłkarskie. Nienawidzić potrafią mnie ci, którym wręczam ulotkę o akcji charytatywnej na bezdomne psy - bo na pewno biorę kasę do kieszeni, a w ogóle to dlaczego nie wspieram biednych dzieci?

Ale co to wszystko ma wspólnego z tym blogiem?

Bo nienawiść i jej werbalny przekaz zaczyna się od małych kroków - jak wszystko w życiu. Jeśli nie reagujemy słysząc i widząc, że ktoś nienawidzi z powodu fryzury, orientacji, koloru skóry, ubioru czy wreszcie... diety - przykładamy cegiełkę do domina nienawiści. Tak, kiedyś też nie wyobrażałam sobie, że można spotkać się z mową nienawiści ze względu na dietę, ale naturalna kolej rzeczy była taka, że spotkałam się z nią, gdy zaczęłam jeść roślinnie. "Jebać wegetarian i wegan" - strona na Facebooku, kilka tysięcy polubień, wreszcie po wielu zgłoszeniach usunięta, choć ciągle powstają nowe wersje. Serio? Mam się jebać, bo wolę fasolę niż wołowinę? Czy ktoś poświęcił cenne minuty swojego życia, żeby stworzyć taki profil? Ileż razy czytałam, że my - wegetarianie i weganie jesteśmy sektą, szerzymy propagandę, zaraz wszyscy będziemy homo, powinniśmy nażreć się trawy i zdechnąć. Właściwie zawsze mnie to śmieszy, ale zaczęłam poważnie zastanawiać się nad zdrowiem psychicznym tych, którzy to piszą - pomóżmy im, reagując. Nie warto zaglądać innym do talerzy, śmiać się i jęczeć "Bez mięsa? Chyba oszalałaś, dzieciom też będziesz wciskać tę propagandę?!".
To pierdoły, drobnostki i słowotok, który możemy przeznaczyć na to, by uczyć nasze dzieci, żeby tolerowały i rozumiały nieco innych, jak Dorota, uczniów w szkole.

Będzie trudno, jeśli macie w głowach wizerunek weganina, który wymachuje widelcem przy posiłku, krzycząc, że mięsożercy mają krew na rękach, są zupełnie pozbawieni empatii i tu znów słowo klucz - można ich tylko nienawidzić! Wszędzie są skrajności, ale wracając do pierwszego akapitu - nie oceniajmy nimi ogółu. Znam cudownych wegan i wegetarian i takich samych mięsożerców, z jednym "nawet" mieszkam. Jestem przekonana, że ta zasada sprawdza się w każdej innej grupie dotykanej w Internecie i na żywo mową nienawiści.

Co możesz zrobić?

reaguj, nie bój się i pamiętaj, że bycie w większości nie zawsze nobilituje.

     
#StopMowieNienawiści
 

Zdjęcie 1: Michael Bentley CC BY 2.0
Zdjęcie 2: Marco Bellucci CC BY 2.0
Czytaj Więcej »

poniedziałek, 14 września 2015

Jesienne ciasto dyniowe z polewą czekoladowo-orzechową (wegańskie)


Kto dobrze mnie zna, ten wie, że źle znoszę upały, a najbliższe mojemu sercu pory roku to wiosna i ukochana jesień. Przestaję kryć się w cieniu i nosić ze sobą filtr 50 i mimo szczerej tęsknoty za soczystymi truskawkami, jagodami i porzeczkami - uśmiecham się na samą myśl o moich ulubionych jesiennych zestawach. Są długie grube swetry, szaliki w złote liście, herbata z konfiturą malinową na brandy, świeczki pachnące cynamonem i posiedzenia z herbatą "Kłapouchy" w gdańskiej Pikawie. Koty zyskują puszyste futro, nalewki taty przydają się wieczorami jak nigdy wcześniej, a wieczorne lektury przyjemnie się wydłużają w rytm ulubionej muzyki (a właśnie, słyszeliście jakie TO piękne?)

Ale to dopiero początek. Klucz do tej nieskończonej miłości tkwi oczywiście w jesiennym menu. Są bajecznie kolorowe gruszki, słodkie jabłka z własnego mini-sadu, korzenne kompoty i ona - królowa dynia w setkach odsłon. Na słodko i słono, do śniadania i obiadu, jako główny składnik curry albo... tortu. Soczyście pomarańczowa, ciężka, ale elegancka w swojej formie, ta, dla której organizują festiwale, o której piszą książki i której poświęcają tysiące zdjęć na kulinarnych profilach społecznościowych. Dynia. A czymże można lepiej zacząć jesienną przygodę z dynią jeśli nie z obłędnym ciastem korzennym?




Składniki na dużą prostokątną formę:
  • 1 i 1/2 szklanki puree z dyni 
  • 1 szklanka mąki pszennej tortowej
  • 1 i 1/3 szklanki mąki pszennej pełnoziarnistej
  • szklanka cukru trzcinowego (jeśli nie zamierzacie przygotować polewy, dodajcie nieco więcej cukru)
  • 1 kopiasta łyżeczka sody
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • łyżeczka cynamonu
  • szczypta soli
  • łyżeczka imbiru suszonego
  • spora szczypta gałki muszkatołowej 
  • 3/4 szklanki oleju słonecznikowego 
  • 1/2 szklanki mleka roślinnego 
  • spora garść posiekanych orzechów włoskich
Na polewę:
  • tabliczka gorzkiej czekolady o zawartości kakao ok. 72%
  • trzy łyżeczki masła orzechowego
  • odrobina oleju
+
  • opcjonalnie na wierzch ciasta: jagody goji, prażone orzechy, kolorowy pył z suszonych owoców, cukier puder - co tylko chcecie
Przygotowanie:
  1. Puree z dyni najlepiej przygotować wcześniej, zwłaszcza że można je z powodzeniem mrozić i przechowywać na czarną godzinę :) To banalnie proste: dynię kroimy na pół (jak na zdjęciu), piekarnik nagrzewam do 200 stopni, wierzch dni - tam gdzie pestki, delikatnie smarujemy olejem roślinnym. Pieczemy w podanej temperaturze przez około godzinę. Po ostygnięciu wyjmujemy pestkowy środek, a miękki, upieczony miąższ wydłubujemy (ja lubię to robić przy pomocy łyżki do lodów) i przekładamy do wysokiego naczynia, gdzie następnie całość blendujemy na gładki mus. Et voila! Z reszty musu możemy przygotować doskonałą zupę-krem z dyni.
  2. W osobnych głębokich miskach łączymy składniki suche (mąki, przyprawy, proszek, sodę i cukier) oraz mokre (olej, mleko, dyniowe puree). Robimy to przy pomocy drewnianej łyzki, w tym przepisie nie miksujemy niczego poza puree.
  3. Orzechy siekamy.
  4. Składniki mokre dodajemy do suchych, energicznie mieszamy łyżką, by wszystkie składniki dokładnie się połączyły. Masa powinna być dość gładka, choć będzie miała trochę grudek - podobnie jak przy muffinkach. Na końcu dorzucamy orzechy włoskie i jeszcze raz - teraz bardzo krótko i niedbale mieszamy.
  5. Prostokątną formę wykładamy papierem do pieczenia lub smarujemy olejem, wylewamy na nią surowe ciasto. 
  6. Pieczemy około 35-40 minut w 180 stopniach. Jeśli chcemy upiec ciasto w keksówce, wydłużamy nieco czas pieczenia.
  7. Polewa - w kąpieli wodnej rozpuszczamy posiekaną czekoladę, dodajemy kilka kropel oleju, masło orzechowe, szczyptę soli i ewentualnie syrop daktylowy/klonowy/z agawy - jaki lubicie i o ile polewa wydaje Wam się za mało słodka. :)
  8. Gorącą polewę wylewamy na ciasto, wyrównujemy wierzch, posypujemy dodatkami i czekamy aż czekolada zastygnie (jeśli damy radę nie podjadając:)).



Czytaj Więcej »