Menu

Image Map

piątek, 31 lipca 2015

Lipiec w fotografiach

Na początku nie byłam przekonana czy ta forma wpisów jest w ogóle potrzebna na blogu. Dziś, przeglądając poprzednie i przygotowując ten lipcowy, wiem, że tworzę tym samym piękną pamiątkę na lata i coś więcej... Kiedy 30 dni ucieka nam w błyskawicznym, często zasmucającym tempie, czazwyczaj nie mamy czasu zastanawiać się ile dobrego spotkało nas tylko w jednym miesiącu. Płynnie przechodzimy do kolejnych dni, miesięcy i lat, a na swoim przykładzie widzę, że to, za co powinniśmy podziękować sobie, swoim przyjaciołom i właściwie całemu światu, gdzieś nam umyka. Obecnie koniec miesiąca i przeszukiwanie zdjęć jest dla mnie jedną z ulubionych wieczornych czynności. W brudnopisie wypisuję sobie podpunkty, które sprawiły mi radość w danym miesiącu i mimo, że lipiec wydawał się niezbyt łaskawy dla mojego zdrowia, bywały lepsze i gorsze chwile, to łapię się za głowę myśląc "Rany, jaka jestem szczęśliwa". I tworzę kolejne, lipcowe impresje, wiedząc, że w gorszej chwili zawsze mogę tu zajrzeć i popukać się w czoło kiedy stwierdzę, że czegoś mi brakuje.



Jeśli ktoś kiedyś powie Wam, że nie ma na świecie młodych, odpowiedzialnych i opiekuńczych mężczyzn, niechże wyrwą temu kłamcy plugawy język. Nie traćcie nadziei, bo ja znowu, w lipcu 2015, przekonałam się, że w najtrudniejszych chwilach, wtedy gdy nie wyglądam jak Jessica Alba, nie gotuję jak Nigella Lawson i nie dbam o porządek jak perfekcyjna pani domu, a ledwo wstaję z łóżka - mam przy sobie bezinteresownie dobrego mężczyznę, który bez słów pokazuje co znaczy 6 najważniejszych liter na świecie, i z niespotykaną czułością pomaga... założyć trampki.

Piękny świat przywitał Zosię i udowodnił wszystkim jak dzielną mam przyjaciółkę. Mało było w lipcu piękniejszych chwil, niż obserwowanie naturalnej więzi między tym bezbronnym maleństwem, a świeżo upieczonymi i zakochanymi po uszy rodzicami.


Finał akcji "Karma wraca (za ciacho)!", o którym więcej przeczytacie tutaj.

Niekończące się toasty za zdrowie młodej pary. 
Obserwowanie jak Wigo z dnia na dzień robi się szczęśliwszy, mądrzejszy i ufniejszy.


See Bloggers - dwa fantastyczne dni nauki, relaksu, a przede wszystkim nawiązywania nowych znajomości. Do Gdyni zjechała caała blogosfera i policzki bolały od uśmiechania. Z Olą utknęłyśmy (na nasze szczęście!) we wspaniałej strefie cooking. Poznałam Agatę Jędraszczak z bloga Kuchnia Agaty, zainspirowałam się i właśnie podjadam własną wersję wegańskiej pasty z groszku. Kolejna osoba, której z ogromną radością uścisnęłam dłoń to Joseph Józek Seeletso - charyzmatyczny szef kuchni z Bostwany o najszerszym chyba uśmiechu na świecie (no dobrze, może konkurować z nim tylko Monika Nowak - rany, ciekawe czy to przeczytasz). Dużą wartość miało dla mnie również poznanie Magdy z bloga Zawsze głodna, do której odważnie odezwałam się w oczekiwaniu na kolejne warsztaty, bo dostała ode mnie order blogera będącego tu i teraz - jedyna w tamtej chwili miała nos powyżej swojego smartfona. :)





Moje lipcowe wegańskie lody: sorbet z ananasa i mango oraz kremowe lody czekoladowo-kokosowe.

Pierwsza wegańska Quesadilla! 

Odwiedziny w Poznaniu i to uczucie, kiedy Karolina, która mnie gościła, zamiast pytać co tak naprawdę jem, przygotowała pyszne cukiniowo-pyrkowe danie na przywitanie. :) Bardzo mocno doceniam i odwdzięczam się...


placuszkami na śniadanie. :) 
Zabawy z jadalnymi bratkami. Jeden z efektów tutaj
Kolorowe smoothie bowls na śniadania + ulubiona czytanka miesiąca - "Listy niezapomniane" zebrane i opracowane przez S. Ushera
Kolejne nalewkowe nauki od taty Mariusza. Tym razem wyczarowaliśmy... KLIK

Lipcowe bogactwo na straganach!
I słodki odpoczynek na najpiękniejszej gdańskiej plaży (jak widać po rowerach, lekko nie było) w doborowym towarzystwie

Najczęściej słuchane w lipcu - alt-J - Hunger Of The Pine
Czytaj Więcej »

środa, 29 lipca 2015

Kokosowe curry warzywne z grillowanym tofu


Po ostatnich zakupach w osiedlowym markecie wzniosłam alarm na Facebooku i Instagramie. Alarm uzasadniony, bo rzadko moje oczy tak mocno świecą na zakupach, a ręce z trudem opanowują się przed wkładaniem kolejnych wymarzonych produktów do koszyka... Kto choć trochę mnie zna, dobrze wie, że uwielbiam kuchnię azjatycką, z klasycznymi sajgonkami i wegetariańskim pad thai na czele. Jakże wielka była moja radość kiedy na półce, na której zazwyczaj świecą udka z kurczaka zobaczyłam tofu. Jakże przyjemne było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłam jego cenę! (3,19 zł, podczas gdy standardowo na tofu wydaję minimum 5zł za kostkę). A to dopiero początek, bo zaopatrzyłam się jeszcze w trawę cytrynową w jeszcze bardziej magicznej cenie (2,99 za opakowanie) i coś, z czym nie spotkałam się nigdy wcześniej. Delikatny makaron ryżowy z tapioką i zieloną herbatą. Dwa dni zajęło mi zastanawianie się jakie danie będzie idealnym zwieńczeniem tak udanych zakupów, a zarazem domowym mistrzostwem kuchni azjatyckiej. W pierwszej chwili chciałam pójść o krok dalej i zaopatrzyć się w pędy bambusa, kiełki soi i tym podobne orientalne cuda, ale otrzeźwiałam. Przecież nasze polskie klasyczne warzywa obecnie kosztują grosze, a nic nie stoi na przeszkodzie, by stworzyły doskonały romans z trawą cytrynową i kolendrą. I tak oto powstało...

Kokosowe curry warzywne z grillowanym tofu 
Składniki na 2 duże porcje:

Curry:
  • makaron z kręgu azjatyckich - u mnie wspomniany ryżowy z tapioką i zieloną herbatą
  • łyżka czerwonej pasty curry z tego przepisu 
  • 1 cukinia pokrojona w kostkę
  • 1 młoda cebula pokrojona w piórka
  • garść orzechów ziemnych
  • garść różyczek kalafiora
  • ok. 250 ml mleka kokosowego
  • łyżka oleju
  • sok z 1 limonki
  • łyżka sosu sojowego
Grillowane tofu:
  • kostka naturalnego tofu
  • 1,5 łyżki ciemnego sosu sojowego
  • sok z 1 limonki
  • garść posiekanej kolendry lub cytrynowej werbeny
  • dwie łyżeczki sezamu (białego lub czarnego)
  • ząbek czosnku - drobno posiekany
  • pół posiekanej papryczki chilli
  • łyżka syropu z agawy lub w wersji wegetariańskiej - miodu
Przygotowanie:
  1. Na początku przygotowujemy marynatę do tofu. Wszystkie składniki poza sezamem umieszczamy w malakserze/innym robocie kuchennym i miksujemy (po tej czynności dorzucamy sezam). Jeśli nie mamy żadnego urządzenia, które ułatwi nam życie, wszystkie składniki dokładnie mieszamy rózgą kuchenną. Tofu przekrawamy wzdłuż na pół, w każdy kawałek wbijamy drewniany patyczek, zanurzamy w marynacie i wkładamy do lodówki - można to zrobić nawet dzień wcześniej, im dłużej się marynuje, tym lepiej.
  2. Na głębokiej patelni (najlepiej WOK) rozgrzewamy olej, wrzucamy kolejno: cebulę, cukinię i kalafiora. Warzywa smażymy około 5 minut, po czym dodajemy sos sojowy i przesmażamy jeszcze chwilę.
  3. Do warzyw dodajemy łyżkę pasty curry, dokładnie rozprowadzamy ją na patelni i dajemy jej ok. 2 minuty, by wypuściła swój aromat. 
  4. W międzyczasie makaron przygotowujemy według wskazówek na opakowaniu, a tofu wrzucamy na patelnię do grillowania (ruszt w piekarniku też się sprawdzi), a orzeszki ziemne prażymy na małej, suchej patelni.
  5. Do warzyw w curry dodajemy mleko kokosowe i sok z limonki, mieszamy, ewentualnie dosalamy i koniecznie doprowadzamy do wrzenia, by sos zgęstniał. Na końcu dorzucamy orzechy ziemne.
  6. Całość podajemy tak jak na zdjęciu lub według własnego uznania i zajadamy się na zdrowie! :)




Czytaj Więcej »

Czerwona pasta curry DIY


Jakbyśmy się nie wyginali, starali, siłowali umysłowo i fizycznie - nie przyrządzimy doskonałego dania kuchni azjatyckiej bez prawdziwej, domowej pasty curry. To pewne i sprawdzone na reprezentatywnej grupie badawczej znajomych kochających konkretne smaki. Niektórzy boją się spotkania z moździerzem i mimo dobrych chęci, miękną spacerując między półkami w markecie i wybierając opcję gotową, zapakowaną w plastikowy woreczek. A nie warto, co dziś wspólnie udowodnimy sobie i innym. Kochani, jaka to przyjemność, ucierać, ucierać, ucierać... i wczuwać się w każdą kolejną nutę zapachową przypraw, niebo! Później jest tylko lepiej. Zamykamy nasze cudo w szczelnym słoiczku, trzymamy w lodówce nawet do 10 dni i wyciągamy za każdym razem kiedy zachce nam się orientalnych zup czy sosów. Jest to pasta na tyle wartościowa i przydatna w kuchni, że sama skakałabym z radości, gdyby ktoś niespodziewanie podzielił się ze mną choć jedną porcją. Warto zatem rozważyć taki podarunek, przystrojony kokardą i papryczką chilli, dla bliskiego sercu amatora pikantnych dań.

Składniki na 1 mały słoiczek (3 łyżki)
  • 2 papryczki chilli lub 1 papryczka piri piri 
  • pół łyżeczki nasion kolendry
  • pół łyżeczki soli
  • pół łyżeczki białego ziarnistego pieprzu
  • pół łyżeczki ostrej mielonej papryki (u mnie wędzona)
  • niecała łyżeczka posiekanej trawy cytrynowej (biała część)
  • 2 ząbki czosnku
  • 2-centymetrowy kawałek imbiru
  • 2 szalotki lub 1 mała młoda cebulka
  • 1,5 łyżki oleju
 Przygotowanie:
  1. Nasiona kolendry i ziarenka pieprzu wrzucamy na suchą patelnię i podrzewamy je przez około 2 minuty, by puściły aromat. Następnie przesypujemy je do moździerza i miażdżymy na pył. 
  2. Do moździerza dodajemy pozostałe składniki: posiekaną papryczkę (bez pestek), sól, mieloną paprykę, posiekaną trawę cytrynową, drobno posiekane: czosnek, imbir i cebulkę. 
  3. Całość ucieramy w moździerzu do uzyskania jak najgładszej masy, pod koniec stopniowo dodając olej.


Czytaj Więcej »

poniedziałek, 27 lipca 2015

Różana rolada drożdżowa z konfiturą

W Świątyni Salomona obmywano nią ściany, w czasach wojennych zapewniała żołnierzom i ludności cywilnej niezbędne witaminy, jedyne do czego potrafił porównać ją Dante, była rajska miłość. Safona nazwała ją królową kwiatów, Umberto Eco zatytułował jej imieniem swoje największe dzieło. Według legendy i obrazu L. Alma-Tadema, ekscentryczny imperator Heliogabal zadusił swych gości ogromną ilością jej płatków spadających z sufitu. Dostarczycielka niezastąpionego aromatu w sztuce kulinarnej i nieocenionych wartości odżywczych w kosmetyce. Dla mnie jest bohaterką wielu barwnych wspomnień, które przewijają się w mózgu na myśl o dzieciństwie. To być może zbyt banalne jak na dumną różę, ale ukochana babcia, której nie ma już na świecie, a która urodziła we mnie nawyk dbałości o jakość tego, co jem, woziła mnie do przedszkola na ramie zgrabnego błękitnego roweru. Kiedy zaczynało być nieznośnie niewygodnie, koił mnie widok alei dzikich róż, która była ostatnią prostą w drodze do bram przedszkola "Puchatek". Byłam smarkulą, ale widok róż koił mnie na tyle, że nigdy nie pomyślałam o marudzeniu. A jeśli jesteśmy już w temacie babci, Maria zawsze uważała, że jedyną słuszną opcją w tłusty czwartek jest pączek z marmoladą różaną. Ubrudzenie się innym rodzajem marmolady nie przystoi damie, tak samo jak brak chusteczki w torebce (do dziś zapominam, babciu). 

Jak widzicie, królową dzisiejszego przepisu jest róża, a właściwie subtelna woda różana przygotowywana z płatków tego kwiatu. Możecie wyczarować ją samodzielnie na przełomie czerwca/lipca, kupić np. tutaj lub w sklepach "Kuchnie Świata". Jest księżniczką kuchni arabskiej, jej zapach działa jak najlepszy afrodyzjak i przyprawia o dreszczyk ryzyka - przecież wstydem byłaby przesadna ingerencja w jej bogaty i szlachetny smak. Wąchałam wodę trzy dni z rzędu, czekając na pomysł, który sam narodzi się w głowie i oto jest. Połączenie polskich smaków - ulubionego ciasta drożdżowego i maminej konfitury z owoców leśnych z orientalnym aromatem wody różanej. Oto, co z tego wynikło


Składniki:

  • 30g świeżych drożdży
  • 3 i 1/2 szklanki mąki pszennej
  • ok. 3 szklanki. cukru trzcinowego
  • 2/3 szklanki mleka (u mnie sojowe)
  • 1/3 szklanki wody różanej
  • słoik konfitury - u mnie owoce leśne
  • 1/3 szklanki oleju
  • dodatkowa łyżka oleju 
  • cukier do posypania
Przygotowanie: 
  1. Drożdże ucieramy z cukrem, tak by cukier się rozpuścił. Kolejny krok to dodanie ciepłego mleka i wody różanej (temperatura jest odpowiednia wtedy, gdy po włożeniu palca płyn wydaje się ciepły, ale nie parzy. Ja podgrzewam mleko trochę bardziej, by było gorące - wtedy dolewam zimną wodę różaną i temperatura jest idealna). Zaczyn przykrywamy czystą ściereczką i odstawiamy na minimum 15 minut do wstępnego wyrośnięcia.
  2. Po tym czasie do zaczynu stopniowo wlewamy olej i dodajemy przesianą mąkę, wtedy dokładnie wyrabiamy ciasto (warto wykorzystać do tego dużą drewnianą łyżkę i... silnego mężczyznę) - ciasto jest dobrze wyrobione, kiedy zaczyna jakby pękać wypuszczając pęcherzyki powietrza. Wyrobione ciasto odkładamy w ciepłe miejsce na godzinę do właściwego wyrośnięcia. 
  3. Godzina minęła, a więc wyrabiamy ciasto dodając jeszcze odrobinę mąki (tak, by nie było klejące). Rozwałkowujemy w  taki sposób, by uzyskać coś w rodzaju prostokąta. Wierzch rozwałkowanego ciasta smarujemy łyżką oleju (przy pomocy pędzelka) i smarujemy cienką warstwą konfitury. Ciasto zwijamy w rulon, przekładamy do keksówki wysmarowanej margaryną i posypanej płatkami jaglanymi.
  4. Pieczemy w 180 stopniach przez około 45 minut, w połowie czasu smarując wierzch mlekiem (przy pomocy pędzelka) i posypując cukrem. Na końcu używamy patyczka by sprawdzić czy ciasto jest gotowe. 
  5. Podajemy krojąc w plastry, w towarzystwie czarnej kawy lub ulubionej herbaty.
Smacznego! 





Lawrence Alma-Tadem - Uczta Heliogabala

Czytaj Więcej »

piątek, 24 lipca 2015

Owsianka pomidorowa - przepis podstawowy

Jest piątek, niemal noc, a ja wrzucam przepis na pomidorową owsiankę. Nie dość, że w teorii obecnego wieku i miejsca zamieszkania właśnie powinnam bawić się teraz w jakimś sopockim klubie, to i miano blogerki kulinarnej powinno prowokować do przepisów bliższych kuchni molekularnej. Nic to, przyznam się szczerze, skoro zaglądacie tu już jakiś czas i warto byłoby wejść w bliższą relację, że kiedy pojawia się na moim stole owsianka, to najprawdopodobniej znak, że przeżywam większy lub mniejszy smutek. A smutki zaleczam owsianką z czerwonymi owocami lub tą - z najsłodszych pomidorów, z dodatkiem świeżych ziół i aromatycznych przypraw z kręgu garam masala. Płatki owsiane zawsze kojarzą mi się z ukochaną babcią, dbającą niegdyś o "perfekcyjne obklejenie błony śluzowej żołądka" tymże owsianym sposobem, pomidory malinowe z tatą, który przywozi je w wielokilogramowych torbach prosto od rolnika, bo wie, że nic nie jest w stanie sprawić mi większej jedzeniowej przyjemności niż soczysta lipcowa malinówka. Przyprawy z imbirem, kminem, cynamonem i chilli na czele to sentymentalny kierunkowskaz w stronę mamy, która dawno temu, całkowicie przypadkowo odkryła w pilskim rynkowym boksie przyprawę o wdzięcznej nazwie "zioła Kasi", które okazały się najlepszą wariacją na temat wszystkiego, co kocham w sypkich, pachnących dodatkach. I tak, otulona w niebieski szlafrok, jedząc miskę gorącej pomidorowej owsianki i wdychając rześkie poranne powietrze myślę - co by było, gdybym nie potrafiła zapisywać wspomnień w smakach?



Podaję przepis podstawowy, a z nim możecie działać cuda - dodać cukinię, bakłażana, serki wszelakie, ulubione zioła, fasolę i co tylko Wam się podoba. Smacznego!

Składniki na jedną porcję
  • 4 łyżki płatków owsianych
  • 2 pomidory, najlepiej malinowe
  • 1 ząbek czosnku
  • pół małej młodej cebuli
  • sól, czarny pieprz, opcjonalnie: chilli, kmin rzymski, cynamon, imbir itp.
  • ok. pół szklanki wody
  • łyżka oliwy
  • łyżeczka octu balsamicznego
  • świeże zioła
Przygotowanie
  1. Czosnek drobno siekamy, cebulkę kroimy w kostkę, rumienimy je krótko na rozgrzanej oliwie w rondelku o grubym dnie, dokładnie mieszając.
  2. Pomidory parzymy i obieramy ze skórki, kroimy w kostkę, pozostawiamy na chwilę na desce - w pogotowiu :)
  3. Do czosnku i cebuli dorzucamy płatki owsiane, bardzo dokładnie mieszamy i chwilkę smażymy na małym ogniu.
  4. Do rondelka dorzucamy pomidory, i mały chlust wody ze szklanki, mieszamy, uważnie spoglądając czy płatki owsiane nie chłoną zbyt wiele płynu i nie zaczynają się przypalać. Dodając wodę regulujemy gęstość owsianki, tak by uzyskać naszą ulubioną. Nie wlewajcie całej wody zbyt wcześnie, bo pomidory długo puszczają sok i owsianka może ostatecznie okazać się zbyt rzadka.
  5. Po około 5 minutach odkąd wrzuciliśmy pomidory, dodajemy pieprz, sól, ocet balsamiczny i resztę przypraw. Dusimy kolejne 5 minut.
  6. Tak ewentualną owsiankę podajemy w towarzystwie świeżych ziół - bazylii/tymianku/oregano.




Czytaj Więcej »

środa, 22 lipca 2015

Sorbet z ananasa i mango (wegański)


Para buch, wrócił upał, mimo że dwa tygodnie temu dziadek Henryk był święcie przekonany, że lato dobiegło końca. Dyskusja była gorąca, ja tradycyjnie własną piersią broniłam instytucji słońca, jędrnych słodkich owoców, piegów na polikach i kolorowych paznokci u stóp. Dziadek prawdziwie złorzeczył, lecz jest mu wybaczone, bo dziś, trzymając w dłoniach soczyście żółty sorbet, zwrócił mi wszelkie honory. Zazwyczaj (zdrowo) spieramy się o jego pogodowe i siatkarskie czarnowidztwo. Siatkarskie jest zawsze wtedy, gdy siedzę jak na szpilkach oglądając mecz naszej reprezentacji, w końcówce seta Kurek wędruje na zagrywkę, a dziadek z najważniejszego fotela w domu krzyczy "Łe, zepsuje!". O bogowie, do jakich sporów egzystencjalnych prowadzą te słowa... Ale przyzwyczaiłam się do tych rzadkich narzekań, mając nadzieję, że to pewien sposób zaklinania rzeczywistości. Narzekanie złości mnie niesamowicie, ale dziadkowi wybaczam zawsze, na zgodę przynosząc coś słodkiego. Ostatnio był to właśnie sorbet z ananasa i mango, a po jego spałaszowaniu dziadek z wyraźnie zarysowanym uśmiechem przyznał, że istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że lato zostanie z nami do września.

Sorbet z ananasa i mango

Składniki: 

  • 1 dojrzały ananas
  • 1 dojrzałe mango
  • 4 łyżki cukru pudru
  • sok z 1 cytryny
  • pół szklanki wody
  • kawałek startego imbiru - opcjonalnie
Przygotowanie:
  1. Ananasa i mango obieramy, niedbale kroimy na kawałki i wrzucamy do blendera lub innej maszyny rozdrabniające.
  2. Dodajemy resztę składników: cukier puder, sok z cytryny, wodę, imbir i bardzo dokładnie miksujemy, by uzyskać gładki mus.
  3. Tak przygotowaną owocową masę przekładamy do plastikowego pudełka na lody, wyrównujemy i wkładamy do zamrażalnika. Przed podaniem musi spędzić tam minimum 5 godzin, a w tym czasie winniśmy co jakiś czas (przynajmniej co godzinę) dokładnie przemieszać sorbet widelcem. 
  4. W kolejnych dniach przed podaniem wyjmujemy sorbet z zamrażalnika na ok. 10 minut, by lekko odtajał.
  5. Delektujemy się, najlepiej w towarzystwie listków mięty. Sorbet smakuje idealnie nawet jeśli niemal całkowicie się rozpuści.






Czytaj Więcej »

poniedziałek, 20 lipca 2015

Karma wróciła (za ciacho), czyli wielkie „dziękuję!”

Właściwie wróciło 60 kilogramów karmy o łącznej wartości tysiąca złotych, torby po brzegi wypełnione kocami i ręcznikami, zabawki dla psów i kotów. Wszystko dzięki akcji „Karma wraca (za ciacho!)”, którą udało mi się powołać do życia dzięki pomocy organizatorów gdańskiego Wolnego Targu i ekipy wspaniałych blogerek kulinarnych z Trójmiasta. Cuda działy się w sobotę (choć wcześniej również w naszych kuchniach) na ulicy Ogarnej. Znakami charakterystycznymi naszego stoiska były kolorowe groszki, bajeczne ciasta, puszki na datki i silna reprezentacja uśmiechniętych i gotowych do działania kobiet. Zasady były proste: wrzucając 5 polskich złociszy do naszych puszek, goście mogli poczęstować się pysznościami, o których za chwilę. Całość dochodu została przekazana na pomoc dla podopiecznych gdańskiego schroniska „Promyk”. Pomoc nieprzecenioną, bo zgodnie z nazwą akcji zdecydowałyśmy się kupić specjalistyczną karmę, dzięki której chore zwierzęta mają szansę na lepsze życie i (oby!) szybszą adopcję.
Każdy uśmiech i pomruk zadowolenia był dla nas znakiem, że warto poświęcić trochę swojego czasu, by uszczęśliwić nie tylko zwierzęta, ale także bezinteresownie dobrych ludzi, którzy odpowiedzieli na nasz apel. Ogromne podziękowania i buziaki należą się osobom, które niekoniecznie gotowały, czy były z nami w sobotę, ale bez nich byłoby nam o wiele trudniej: Martynie Szulist, która charytatywnie przygotowała dla nas plakat akcji krążący w Internecie, Agnieszce Różańskiej - klik za narysowanie pięknych etykiet na ciasta, firmie Bakra za przekazanie produktów na sprzedaż, przyjaciołom ze sfery medialnej, którzy pomogli nam promować akcję. Wreszcie moim rodzicom, bez których w trudnym dla mnie czasie nie mogłabym nawet zjawić się wtedy w Gdańsku (tacie Mariuszowi za najlepsze nalewki przekazane na akcję!). A teraz najważniejsze: słów kilka o najfajniejszych blogerkach kulinarnych, które współtworzyły sobotnie wydarzenie: gotowały, sprzedawały, zapraszały i zarażały dobrą energią. Jesteście wielkie!
Wszystkie wróciłyśmy do domu naładowane pozytywną energią i obiecujemy Wam, że jeszcze w tym roku usłyszycie o drugiej edycji naszej zbiórki. Psia piątka!:)

edit: zapomniałam o sobie... :) W sobotę przygotowałam wegańskie brownie z wiśnią i chilli oraz ciasto marchewkowe!

fot. Maszu

fot. Maszu

fot. Ania Włodarczyk

fot. Ania Włodarczyk


Czytaj Więcej »

sobota, 18 lipca 2015

Roślinna nutella i słów kilka o profanacji kanapek


Ze smarowidłem czekoladowym, które stało się jednym ze spożywczych znaków naszej epoki, kojarzy mi się uporczywe zdanie, które mój tata wymawiał za każdym razem, gdy brałam się za smarowanie bułki nutellą. JAK MOŻNA JEŚĆ CHLEB Z CZEKOLADĄ?! TO PROFANACJA. - mówił, a ja niby niewzruszona, choć pewnie nie do końca, skoro utkwiło to w mojej pamięci, malowałam widelcem... góra, dół, półksiężyce, ach, wszystko, by wierzch kremu był idealnie gładki. Rytuał miał sens tylko wtedy, gdy nutella była nagrodą. W naszym domu lądowała w szafce około raz na pół roku i znikała z prędkością światła, a dziś podejrzewam, że i tata, dosłownie, maczał w tym palce.
Po bardzo długim rozstaniu z czekoladową rozpustą w słoiku, znów obudziło się we mnie dziecko, tyle że bardziej świadome żywieniowo. I po raz kolejny sama postawiłam sobie wyzwanie - odtworzyć, choć w małym stopniu smak nutelli, tyle że w zdrowej wersji. Nałożyć grubą warstwę kremu na wierzch świeżego, pachnącego rogala i spałaszować w towarzystwie czarnej kawy z subtelną pianką. Ot, małe wakacyjne, powolne radości. Stało się, smakowało i będzie wracać za każdym razem, gdy tylko najdzie mnie ochota na tę słodką profanację kanapek.

Składniki:
  • 1 duże dojrzałe awokado
  • szklanka ugotowanej ciecierzycy
  • ok. 60g orzechów laskowych
  • szczypta cynamonu
  • szczypta soli
  • 2 łyżki karobu (opcjonalnie)
  • pół tabliczki gorzkiej czekolady (jeśli rezygnujemy z tego składnika - dajmy więcej kakao)
  • 2 czubate łyżki kakao
  • do posłodzenia: 2 łyżki syropu z agawy/klonowego/melasy trzcinowej (...)
Przygotowanie:
  1. Orzechy prażymy na suchej patelni przez ok. 4 minuty do lekkiego zrumienienia, następnie mielimy je porządnym blenderem lub robotem kuchennym.
  2. Czekoladę rozpuszczamy w kąpieli wodnej i studzimy.
  3. Do orzechów dodajemy resztę składników: wydrążone awokado, ciecierzycę, szczyptę cynamonu i soli, kakao, rozpuszczoną czekoladę i płynny słodzik, całość miksujemy do uzyskania gładkiego kremu. 
  4. Krem przechowujemy w lodówce przez ok. 4 dni. Podane składniki starczają na jeden średni słoik roślinnej nutelli. 
Najlepiej smakuje podana z czarną kawą!







Czytaj Więcej »

czwartek, 16 lipca 2015

W mohito czy w kieliszku? Nalewka miętowa taty

Kto mnie zna, wie, że mój tata jest mistrzem nalewek oraz że w naszym domu można łatwo potknąć się o czterolitrowe słoje pełne owoców i elektryzujących trunków. Na urodziny, imieniny i święta dostaje się od Pochylskich nalewki lub konfitury, po przepisy na nalewki dzwonią do nas przyjaciele. Wychowywana w tym klimacie (acz w pełnej trzeźwości, rzecz jasna) chłonę receptury, obserwuję rytuały i selekcjonuję najlepsze smaki. Wykorzystując ten klucz, dzielę się z Wami jedną z moich ulubionych nalewek. Miętówka idealnie sprawdzi się jako podstawa mohito i wielu innych orzeźwiających drinków. Samodzielnie smakuje równie dobrze, odświeża i kojąco działa na problemy żołądkowe. Kiedy tylko wypowiem do taty smutne słowa "mój żołąąąądek..." - dostaję kieliszek, maksymalnie dwa i zaczynam wracać do siebie. Powiecie - dziwne, przecież ma cukier, a to, co smakuje nie może leczyć! Nic bardziej mylnego, wszystko co z sercem przygotowuje mój tata, a zwłaszcza wszystko, co ma w sobie miętę bagienną - leczy. Zmysły, duszę i ciało.




Składniki:



  • ok. 120 listków mięty szwajcarskiej – dużych
  • ok. 150 listków mięty bagiennej
  • ok. 60 listków melisy
  • 1 litr spirytusu
  • 1,5 l wody
  • 600g cukru, jeśli jest taka możliwość - brązowego, lub pół na pół z białym
  • laska wanilii

Przygotowanie: 

1. Przepłucz liście mięty i melisy, wrzuć je do wyparzonego czystego słoja o pojemności 4 l, dorzuć przekrojoną wzdłuż laskę wanilii, wymieszaj.
2. 1,5 l wody zagotuj, rozpuść w niej cały cukier, ostudź. Litr spirytusu rozcieńcz ze słodkim, ostudzonym roztworem. Całość – mieszankę spirytusu i wody z cukrem, wlej do słoja z liśćmi i wanilią. Zakręć słoik i trzymaj go przez 3-5 dni w ciepłym, ciemnym miejscu, często wstrząsając (kilka razy na dobę)
3. Po tym czasie całość przecedź, przefiltruj (np przez gazę lub filtr do kawy) i przelej do butelek. Odłóż do leżakowania lub rozpocznij spożywanie :)

Na zdrówko!
  











Czytaj Więcej »