Menu

Image Map

wtorek, 29 września 2015

Jak pachnie szczęście? (wrześniowe powidła z ogniska)

Od najmłodszych lat każą nam się zastanawiać czym jest szczęście. Szczęście na kolażach, szczęście wymalowane farbami, w końcu rozprawki i eseje o szczęściu. A prawdziwie szczęśliwi jesteśmy chyba wtedy, gdy kolorowe dziecinne impresje definiują to patetyczne hasło, jeszcze długie lata po ukończeniu przedszkola i podstawówki. Jeśli nadal potrafimy powiedzieć, że szczęście jest wtedy, gdy "robimy coś razem", "jedziemy z tatą na grzyby", "wyjadamy kruszonkę", czy "wyprowadzamy Brutusa na spacer". Kiedy uśmiechamy się na myśl o prostych czynnościach w dobrym towarzystwie, o ulubionych zapachach, najbardziej magicznych zdaniach z trzykrotnie przeczytanych książek. To szczęście nie smakowałoby pewnie tak dobrze, gdybyśmy często mieli okazję się nad nim zastanawiać. A to przychodzi niespodziewanie, jak u mnie, w miniony weekend. Długi spacer po lesie, Wigo na smyczy, w dłoni koszyk z grzybami. Po niecałej godzinie łapie mnie ostry ból w biodrach, muszę na chwilę przysiąść. Nie mam na czym, ale z jakąś nieopisaną radością rozkładam się na wilgotnej trawie wymieszanej z igliwiem, biorę głęboki oddech i... wreszcie jestem. Uśmiecham się do ptaków, do każdego promyka, który bezwstydnie wciska się pomiędzy gęsto przytulone świerki. Po raz pierwszy od dawna nie złoszczę się na to, że boli, a cieszę się, że gdyby nie to, nie siedziałabym na środku leśnej ścieżki, po kolei obwąchując wszystkie grzyby ukryte w wiklinowym koszu. Jeszcze bardziej nie mogę się doczekać smażenia powideł, bo po to przyjechałam. Bo przecież powidła z (domowego) ogniska pachną najprawdziwszym szczęściem. Ich przygotowywanie jest jednym z najwspanialszych rytuałów rodzinnych, bo podczas wielu godzin smażenia można opowiedzieć sobie wszystkie zaległe historie. Obieranie węgierek nie jest straszne, gdy do pracy wiele rąk, a później już tylko mieszanie, mieszanie, mieszanie. Na zmianę, na warty, ale zawsze z taką samą czujnością, by nie przypalić śliwek. Słodki zapach owoców miesza się z dymem bukowym, a my ze szczęściem na twarzach i kubkiem gorącej herbaty w dłoni, pilnujemy kociołka. Jest pięknie.


Składniki:

  • śliwki węgierki - u nas 10-12 kg (ok. 30 małych słoiczków)
  • ewentualnie - maksymalnie 1 szklanka cukru trzcinowego
  • ewentualnie - kora cynamonu
Uwagi i przygotowanie:
  1. Oczywiście najważniejsze jest posiadanie "kociołka węgierskiego", ale nie jest to tak duży wydatek, jak mogłoby się wydawać. Ten ze zdjęcia, którego używamy od co najmniej pięciu lat kosztuje obecnie ok. 100zł. 
  2. Do tego potrzebujemy również trójnóg nad ognisko lub pomysłowego faceta, który wymyśli inny sposób podwieszenia. :)
  3. Zazwyczaj przygotowujemy powidła wyłącznie ze śliwek, ale zdarza się, że dodajemy odrobinę cukru (w zależności od słodyczy śliwek) i korę cynamonu. 
  4. Przyrządzenie: Śliwki przekrawamy wpół, pozbawiamy pestek i wrzucamy partiami do kociołka. Smażymy na małym ogniu - około 5/6 godzin pierwszego dnia i około 2 godziny dnia następnego. Jeśli chcemy wrzucić korę cynamonu i cukier, zróbmy to dopiero drugiego dnia. 
  5. Jeszcze gorące powidła przekładamy do czystych, wyparzonych słoiczków i bardzo mocno zakręcamy. Ustawiamy do góry nogami, przykrywamy ściereczką na kilka godzin.   













6 komentarzy:

  1. Cudowny opis, klimatyczne zdjęcia i smak jesieni, który zaczarowuje nawet najbardziej ponure popołudnie. Czego tu nie kochać? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziękuję, chyba właśnie o to chodziło... :) Pozdrawiam ciepło!

      Usuń
  2. Wow, o takich przygotowaniach powideł to nie słyszałam ;) Czadowe!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. musisz kiedyś spróbować, smak jest niezapomniany. :)

      Usuń
  3. Rozkoszny psiak :)
    Takie powidła smakują zupełnie wyjątkowo :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wigo merda do Ciebie ogonkiem :D pozdrawiamy i kiwamy głową - powidła są najlepsze!

      Usuń